absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 22. kwietnia 2018.

Wspomnienia stulatka, dodał: Cieślak Aleksander

Moje wspomnienia z okresu szkolnego z perspektywy czasu są niezwykle ważne dla mnie . Gimnazjum im. R. Traugutta w Częstochowie w moim życiu , aż do chwili obecnej znaczą dużo. Zawsze wracając do lat dwudziestych poprzedniego stulecia, wracam do budynku na ul. Wolności i potem na ul. Staszica.
W szkole w szczególny sposób moją osobowość ukształtowało dwóch profesorów i w pewnym sensie wpłynęło na moje losy późniejsze. Pierwszym był niewątpliwie profesor od łaciny Jan Ryslik. To czego nauczył mnie 90 lat temu w latach 1921 - 23 przetrwało do dzisiaj. Różnego rodzaju słowa, zwroty, sformułowania mogę bez najmniejszego wysiłku intelektualnego powtórzyć w każdej chwili. Profesor Ryslik cieszył się wielkim autorytetem, był to postawny pan z dość dużym brzuchem, czubiastą głową , ale przede wszystkim był wymagającym człowiekem. Był znakomitym nauczycielem. Później przeszedł do pracy do Gimnazjum im. H. Sienkiewicza i zastąpił go młody nauczyciel po Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli zdawało by się, że zastąpił go znakomicie wykształcony człowiek, a jednak w żaden sposób nie przekładało się to na wzbogacenie mojej wiedzy. To co zdobyłem wcześniej to znałem, następne dwa lata nauki języka łacińskiego tylko utrwalały zdobytą wiedzę wcześniej.
Drugą wielką postacią w szkole był profesor Rajnhard Henszel, który nauczał języka niemieckiego. Był człowiekiem sprawiedliwym, w jakimś sensie delikatnym. Znajomość tego języka przydatna była dla mnie później, w pracy w kopalniach żelaza, które administrowali Niemcy. Profesor Henszel był moim wychowawcą. Był znakomitym opiekunem, znał doskonale osobowość każdego ucznia. W szczególny sposób potrafił docenić ambicje ucznia, jego zaangażowanie. Pamiętam jak zaproponował mi udzielanie korepetycji jednej z dziewcząt z „ Nazaretanek ”. Należy pamiętać, że propozycję takie profesor przedkładał jedynie osobom dobrze uczącym się i w dodatku biednym. W naszej rodzinie ledwo wystarczało na życie, moja edukacja kosztowała moich rodziców masę wyrzeczeń. Toteż kiedy otrzymałem możliwość udzielania korepetycji oznaczało to, że na naukę zarobię sam. W moim ostatnim roku pobytu w szkole potrafiłem dodatkowo zarobić i zaoszczędzić 550 zł. Co to oznaczało ? Tylko tyle, że suma ta wystarczyła mi, abym utrzymał się na studiach płacąc za nie, nie korzystając z żadnej pomocy od rodziców.
Wracając do początków nauki. Moja przygoda z nauką miała początek w szkole Szudejki. W tym czasie drugą ważną szkołą w Częstochowie była prywatna szkoła Kośmińskiego. Tak około 1919 roku zaczęto obie te szkoły likwidować. Szkołę Kośmińskiego upaństwowiono, Natomiast w przypadku szkoły Szudejki cały sprzęt, pomoce naukowe, ławki itp. musieli wykupić rodzice. W miejsce tej szkoły powstało Gimnazjum im. R. Traugutta w Częstochowie.
Ale wcale nie prosto było się tam dostać. W ostatnim roku nauki w Gimnazjum Szudejki, kiedy wszyscy wiedzieli, że będzie zlikwidowana, poziom nauczania gwałtownie spadł. Nauczyciele wiedzieli, że część z nich straci pracę, a część zaistnieje być może w nowej szkole. Taka sytuacja wcale nie sprzyjała nauce, nauczyciele mniej wymagali, uczniowie wykorzystywali tę sytuację. W ostatnim miesiącu przeprowadzono egzaminy. Ja otrzymawszy promocję do klasy czwartej i tak musiałem zdać egzamin. Gdybym go nie zdał cofnięto by mnie do klasy trzeciej.
W nowej szkole, przeważnie już nowi nauczyciele postawili nam zupełnie inne wymagania. Poziom nauczanie poszedł zdecydowanie w górę. Od samego początku miałem straszne kłopoty w nauce. Na pierwszy okres otrzymałem pięć dwój. Nie dawano mi żadnych szans przebrnięcia do następnej klasy. W okresie Świąt Bożego Narodzenia byłem z kolegami pod domem gdzie odbywało się wesele. Poszliśmy tam posłuchać muzyki. Dla nas , młodych chłopców, nie było wtedy żadnych rozrywek, toteż jak tylko zorientowaliśmy się, że gdzieś gra zespół na weselu tam natychmiast biegliśmy, by posłuchać odrobinę muzyki. I wtedy , jak pamiętam stała się dla mnie rzecz zadziwiająca. Sam nie wiem pod wpływem czego, ale gdy wróciłem do domu postanowiłem uczyć się. Wziąłem się solidnie do nauki. Początkowo nikt nie zwracał uwagi na moje postępy, pewnie były mało zauważalne. Pierwszą osobą, która dostrzegła u mnie zmianę był profesor Ryslik. Zorientował się, że za moją wiedzą kryje się ogromna wola, ambicja i długie godziny wytężonej nauki. Wobec tego profesor przyjął taktykę częstego odpytywania mnie z lekcji na lekcję, nie dawał mi spokoju, wymuszał wręcz , abym dodatkowo przeznaczył swój wolny czas na naukę. Wiem to dziś na pewno, że to właśnie on przyczynił się , że od tamtego czasu uczyłem się systematycznie, bo wiedziałem, że będę odpowiadał na najbliższej lekcji. Swoją wiedzą o moich postępach pewnie podzielił się z moim wychowawcą, bo wkrótce zauważyłem, że i on zaczyna uważnie przyglądać się mojej osobie. Uczyłem się wtedy języka niemieckiego z książki Lorenza, czytałem ją w każdej wolnej chwili. Mój stosunek do szkoły, nauki zmienił się , ale zmienił się też i stosunek nauczycieli do mnie. Jednak na koniec roku szkolnego miałem nieoczekiwanie poprawkę z jednego przedmiotu. Jakiego ? Tego i ja się nie spodziewałem, była to historia, czyli przedmiot , z którego z kolei nigdy dwójki nie miałem. Ale wcześniej wezwał mnie wychowawca i wyjaśnił całą sytuację. Otóż przypadek mojej osoby był rzeczą bez precedensu. Profesorowie dziwili się jak to jest możliwe , aby uczeń mający wcześniej pięć ocen niedostatecznych mógł się poprawić w tak szybkim czasie. Wobec tego , jakby nie ufając całej sytuacji postanowiono wystawić jedną dwójkę i z kolei dać mi szansę zdawania egzaminu poprawkowego pod koniec wakacji. Ja oczywiście i tak byłem zadowolony, z historią nie miałem problemów, więc o egzamin się nie martwiłem. Zdałem go pod koniec sierpnia bez problemu. W kolejnych latach nauki udzielałem już korepetycję zarabiając tak na przyszłe życie. Uczenie kolegów mających problemy z nauką , tłumaczenie zawiłości naukowych – wszystko to wzbogacało moją wiedzę.
Tamten okres wyrobił we mnie pewnego rodzaju opnie o pracy nauczycielskiej. Uważam, że prawdziwy pedagog musi nad uczniem czuwać. Musi obserwować ucznia i starać się znaleźć w nim tę odrobinę iskierki chęci do nauki. A jak znajdzie to rozpali ognisko, uczeń widząc baczne oko pedagoga siłą rzeczy zacznie przykładać się do nauki.
Pierwszym dyrektorem Gimnazjum im. R. Traugutta był Otton Kuczewski. Żona jego w szkole prowadziła bibliotekę. Szkoła początkowo mieściła się przy Al. Wolności. W budynku tym na trzecim i czwartym piętrze były mieszkania dla nauczycieli. Mieszkał tam i nasz dyrektor. Był to człowiek bardzo postępowy. Często organizował spotkania młodzieży męskiej i żeńskiej, na których poruszał problemy historii. Młodzi ludzie mogli dowiedzieć się czegoś więcej. W ten sposób działał i wychowawczo i podnosił horyzonty wiedzy ucznia. Spotkania wkrótce stały się dość popularne. Dowiedział się o nich ówczesny prefekt szkolny, który chyba miał o nich zupełnie inne wyobrażenie. W efekcie doniósł na dyrektora do władz szkolnych, a w konsekwencji dyrektora Kuczewskiego przeniesiono wkrótce do Warszawy. Była to niewątpliwie wielka strata dla szkoły. Usunięto ( bo tak to odbierano powszechnie wówczas ) światłego człowieka, wielkiego patriotę.
W naszej klasie uczył się Edek Witkowski. Przezywaliśmy go Witosem. Był synem elektryka z Huty Raków. Edek był typowym „ sztubakiem ” . wszędzie tam, gdzie coś się działo, gdzie były różnego rodzaju „ zadymy ” tam oczywiście jego nie mogło zabraknąć. I tak było na okrągło. Kiedyś na lekcji gimnastyki ( był to wtedy zupełnie dla nas nieznany, nowy przedmiot ) skakaliśmy przez linkę. Nasz kolega Witos pokazywał nam jak skaczą inni, ale pokaz w pewnym momencie przerodził się w parodię. I doszło do tego, że parodiował skok przez kosz na śmieci. Ale w trakcie pokazu wpadł na kosz i go zniszczył. Oczywiście w tamtych czasach za uszkodzenie sprzętu czekało ucznia uregulowanie należności za to.. Witkowski obawiał się , że będzie musiał zwrócić pieniądze za szkody , wpadł więc na pomysł, aby zamienić zniszczony kosz na nowy. Należało wynieść kosz z sali gimnastycznej , a na to miejsce z korytarza przynieść kosz dobry. Do podmiany koszy wyznaczył mnie. Na półpiętrze miała nastąpić wymiana. Ale tak nieszczęśliwie się złożyło , że całe nasze przedsięwzięcie nakrył dyrektor Kuczewski. Gdy tylko zobaczył co robimy, spojrzał i natychmiast kazał odnieść zniszczony kosz na salę gimnastyczną. Nic więcej nie opowiedział, nie kazał płacić.
Budynek naszej szkoły przeniesiono na ulicę Staszica. Dla większości z nas był to szok. Bo na przykład ja po raz pierwszy w życiu zobaczyłem w toalecie spłuczkę, budynek był już wtedy skanalizowany.
Między mną a Witkowskim była spora różnica temperamentu, podejścia do nauki, mieliśmy odmienne podejście w wielu kwestiach. A jednak się przyjaźniliśmy. W pewnym momencie dołączył do nas kolega Sobociński . Jego ojciec był zawiadowcą stacji – wtedy była to osoba niemalże na wysokim stanowisku, albo przynajmniej dobrze sytuowana. Sobociński zawsze miał ze sobą śniadanie, ale widząc , że my nic nie jemy dzielił się nim z nami. Kiedyś podpadł u jednego z profesorów i otrzymał naganę I i II stopnia. Nagana ta oczywiście była wpisana do dziennika, a że zbliżał się koniec roku szkolnego, więc nasz kolega był pełen obaw, czy zda do następnej klasy. Oczywiście na wysokości zadania stanął nasz kolega Witkowski. Zaprowadził nas do toalety i pokazał koledze Sobocińskiemu jak potargany na kawałki dziennik z wpisami wpada do sedesu i po chwili znika wraz ze spuszczoną wodą. W ten sposób nagany zostały spłukane, a Sobczyński mógł się czuć jak nowo narodzony.
A potem przyszły wakacje. Żeby egzystować w szkole w następnym roku , przez dwa miesiące pracowałem na budowach. W ten sposób pomagałem rodzicom finansowo, sam zdobywałem wiedze praktyczna w tej dziedzinie. Wszystko to potem po latach zaowocowało.
A gdy zdaliśmy egzamin maturalny i nasze koleżeńskie drogi miały się wkrótce rozejść, zastanawialiśmy się wówczas z Sobczyńskim, jaką decyzje podejmie nasz kolega Witkowski. Zorientowaliśmy się wówczas, że każdy o swoich przyszłych losach mówił, natomiast Witkowski milczał. Dlatego już po maturze przy najbliższym spotkaniu zadaliśmy mu pytanie: Gdzie się wybierasz? Co będziesz robił dalej ? Nasz kolega, dotąd znany jako rozrabiaka i kawalarz podjął decyzje , że wstąpi do seminarium. Oniemieliśmy wszyscy. Witkowski poszedł do seminarium, został księdzem i służył aż do śmierci Panu Bogu.
I na koniec słów kilka o żonie Pana dyrektora Kuczewskiego. Jak wspomniałem pracował ona w bibliotece. Języka polskiego uczył wtedy profesor Jan Sołdrowski. W szczególny sposób wymagał od nas znajomości romantyzmu. Widocznie lubił utwory z tamtego okresu, być może doceniał Mickiewicza i Słowackiego. Jednak w pewnym momencie uznałem, że mam tego okresu przesyt. W ogóle w tym czasie dużo czytałem, „połykałem wręcz ” wszystkie książki. Zacząłem inaczej patrzeć na świat, marzeniami romantycznymi nie można było nic zdziałać. Sięgnąłem więc do literatury rzeczywistości. Poszedłem do profesor Kuczewskiej i poprosiłem o książkę Żeromskiego „ Uroda życia” . Profesor spojrzała uważnie na mnie. – Czy to nie za wcześnie dla mnie taka literatura ? Odpowiedziałem, że właśnie tą literaturą się obecnie interesuję. A, że znała mnie jako stałego czytelnika wobec tego wydała mi tę książkę do przeczytania.
Dlaczego to wszystko wspominam ? Bo wiem, że przyszłość swoja zawdzięczałem ówczesnym pedagogom. Profesorowie czuwali nad uczniem, musieli działać z wyczuciem, delikatnie kształtując osobowość każdego z nas. My natomiast , aby w tym świecie szkoły zaistnieć musieliśmy włożyć sporo wysiłku i sporo wyrzeczeń, aby sprostać tym wymaganiom. Nie wiem jak jest dzisiaj, ale dzięki moim nauczycielom, a w szczególności profesorowi Ryslikowi i profesorowi Henszelowi zawdzięczam, że to moje sto lat przeżyłem godnie.

Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net