absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest środa, 20. września 2017.

Harcerstwo Zbyszka Zębika w TRAUGUTCIE 1957 - 1960 - uzupełnienie., dodał: Zbigniew Zębik

Harcerstwo Zbyszka Zębika w TRAUGUTCIE 1957 – 1960 – Uzupełnienie

Dwa lata temu (sierpień 2010) napisałem o moich harcerskich przygodach w Traugutcie i tekst ten z dołączonymi fotografiami został zamieszczony na stronie www.absolwent.traugutt.net. W międzyczasie rozmawiałem z kolegami, jak również znalazłem dodatkowe materiały i to skłoniło mnie do napisania uzupełnienia, do poprzednich, nazwijmy to, wspomnień. W rozmowach z kolegami, pojawiała się sprawa naszej, wówczas, przedsiębiorczości, aby coś zdobyć, zrobić, mieć, co było potrzebne, ponieważ nie wszystko można było kupić i nie było za dużo pieniędzy. Postaram się na przykładzie Finki, Toporka, pałatki, przybliżyć moje starania o dobre wyposażenie harcerza.
Książeczka Harcerska
Moja Książeczka Harcerska jest nadal w niezłym stanie, choć okładki, trochę zmieniły kolor. Złoto lilijki jakoś zbladło. Tym nie mniej można dobrze rozpoznać, że jest to Książeczka Harcerza. Zamieszczam też stronę, z książeczki, z Prawem Harcerza, w którym warto zwrócić uwagę, że harcerz ma służyć Polsce, a nie ma tam nic na temat służbie PRL. Ze strony potwierdzeń ważności Książeczki wynika dokładny okres czasu mojego działania 1957 – 1960. Na tej stronie jest też widoczna pieczątka Drużyny im Zawiszy Czarnego w Hufcu Częstochowa.
Mundur harcerza
Mundur nie dochował się w całości do XXI wieku. Kiedy musiałem się z nim już pożegnać, wyciąłem z rękawa emblemat, oznaczenie, HALMS 1958 i schowałem w swoim archiwum. Schowałem tam też mój krzyż harcerski. Rzeczy te przewędrowały ze mną i przeżyły siedem poważnych przeprowadzek. Zrobiłem im niedawno zdjęcia, są w dobrym stanie. Emblemat HALMSU, wykonany z jakiegoś tworzywa, lekko stracił kolor, lekko się wygiął, ale jest! Żałuję, że nie dochowała się chusta harcerska naszej drużyny. Czarna z żółtą (złotą) lamówką o szerokości około 1,5 cm. Po obowiązku noszenia czerwonych chust z okresu OH, harcerstwo odżyło i rozkwitło różnokolorowymi chustami. Jedynym mankamentem było tylko to, że nie można było chusty kupić w sklepie a trzeba było „załatwiać” uszycie, w domu lub u krawca. Ktoś mi się kiedyś spytał jakie mieliśmy wówczas buty. Sprawa prosta. Do wyboru były: tenisówki (mówiliśmy też pepegi – ta nazwa pochodzi od firmy, która wprowadziła taki rodzaj obuwia, podobnie jak z nazwą rower), trampki, lub skórzane pionierki (tu nazwa nie miała nic wspólnego z polskim harcerstwem). Pionierki, to był luksus jak na owe czasy!!!.
HALMS Bieszczady 1958
Wyjeżdżając na obóz harcerski zabrałem aparat fotograficzny Vera (NRD-owski aparat, błona 35 mm, Tessar 2,8/50 mm). Zrobiłem dużo zdjęć, lecz niestety, podczas moich studiów, pomieszczenie, w którym miałem błony fotograficzne, znaczki, część zdjęć, zostało okradzione i większość zdjęć bezpowrotnie straciłem. Kilka dodatkowych zdjęć, które charakteryzują naszą wyprawę w Bieszczady dołączam z opisem sytuacyjnym. (Większość zdjęć znajduje się w opracowaniu z przed dwóch lat. Aby je obejrzeć na str. absolwenta, trzeba kliknąć myszą na zdjęciu wklejonym na początku opracowania).
Zdjęcia z pociągu

Działałem w kółku fotograficznym i wyprawa w Bieszczady była dla mnie wyzwaniem do zrobienia ciekawych zdjęć. Kiedy tylko wyruszyliśmy pociągiem, a pojawiał się ciekawy widok, szczególnie kościół, zaraz fotografowałem. Po przesiadce w Katowicach jechaliśmy tak zwanym krowiakiem i widoki były prawie panoramiczne. Koledzy, kiedy tylko zauważyli kościół, to wołali -Zbyszek – kościół. Zostało mi to do dziś i lubię fotografować kościoły. Ze zdjęć zrobionych z tego pociągu pozostało mi tylko jedno, kiedy przejeżdżaliśmy przez Kraków.
Kuchnia harcerska
W obozie mieliśmy codzienne dyżury kuchenne. Nasze podstawowe jedzenie na śniadanie i kolację wyglądało dość monotonie. Chleb przynosiliśmy na kilka dni z Cisnej. Produkty wymagające chłodu były umieszczone w wybudowanej ziemiance. Masło, chleby, schowane były w dużych garach kuchennych, aby nam w nocy nie podjadły zwierzaki. Nie można było narzekać na ilość jedzenia. Każdy miał ile chciał. Podstawą urozmaicającą chleb były konserwy i amerykański żółty ser.
Obiady, to zupełnie inna kwestia. Dyżurni w kuchni, przeważnie po dwie osoby, musieli coś ugotować. Do dyspozycji był ryż, makaron, jakoś nie kojarzę ziemniaków. Na mnie dyżur wypadł dwa razy. Zadaniem było ugotować zupę z ryżem. Druh Komosiński, podał krótką instrukcję, jak gotować, tą pomidorową. Zostaliśmy w obozie we dwójkę. Wiedzieliśmy mniej więcej jak długo gotuje się zupę. Kocioł, woda ze strumyka, ogień i potem problem ile wsypać ryżu? Wsypaliśmy na gotującą się wodę, chyba dobrze, do dziś nie wiem. Mieszałem ale jakoś tego ryżu nie było widać. Dosypałem więc raz, potem drugi. Po niedługim czasie zamiast zupy był pełen gar ryżu. Z ryżem, niestety, nie tylko ja miałem kłopoty. Nie pamiętam, aby ktoś trafił z proporcjami.
Zwiedzanie Bieszczad
Większość z nas była po raz pierwszy w górach, na obozie, gdzie z plecakami, namiotami, trzeba było chodzić pieszo sporo kilometrów. Przeszliśmy cały szlak od Komańczy do Halicza, w jedną i drugą stronę. Tylko raz w okolicy Jezior Duszatyńskich spotkaliśmy turystów. Tam, w Bieszczadach, była zupełna pustka turystyczna. Miejscowości, w których ktoś mieszkał to Cisna, Kalnica (jeden dom), Wetlina (kilka domów), Ustrzyki Górne (tylko stacja meteorologiczna). Jedyną górą ze skałami był Krzemień. Tam zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Będąc w najdalszym miejscu przy granicy ze Związkiem Radzieckim (Halicz), Ukrainą, widzieliśmy jak wygląda granica. W oddali widać było szeroki pas zaoranej ziemi. W tym kierunku nie szedł już żaden szlak turystyczny, żadna ścieżka. Skóra cierpła.
Moja „Finka”
Jednym z podstawowych „przyrządów” harcerza była finka. O dobrej fince myślałem już w szkole podstawowej. Czytałem dużo książek o Indianach, walkach na Dzikim Zachodzie. Przeczytałem prawie wszystkie książki Maya, jeszcze z przedwojennych wydawnictw. Książki Curwooda, Londona i inne z tego zakresu. Ostatni Mohikanin, był jedną z najbardziej ulubionych. Fascynowało mnie strzelanie z łuku, rzucanie do celu nożem i tomahawkiem. Nie kończyłem na czytaniu, ja po prostu to wszystko próbowałem, uczyłem się, trenowałem. Około 1953, 54, roku w parku na Ostatnim Groszu zabrano część parku pod tory kolejowe stacji towarowej. Przy tej okazji były prace ziemne. Tam znalazłem zardzewiałą szablę i duży zardzewiały bagnet. Szablą zaciąłem sobie dość silnie nadgarstek, do dziś mam ślad i przehandlowałem ją z jakimś chłopakiem. Według starszych ludzi, w czasie Pierwszej Wojny Światowej w parku stacjonowało wojsko i pewnie były to pozostałości po wojsku.
Bagnet był przystosowany do nakładania na karabin. Był duży, ciężki. Po jakimś czasie postanowiłem go skrócić i dorobić mu pochwę. Miał mi służyć jako finka. W domu byłem obeznany w pracach mechanicznych. Był warsztat mojego Dziadka. Bagnet uciąłem z dwóch stron bukfelem, czyli piłką do stali. Okazało się, że stal nie była najlepszego gatunku. Cięcie nie sprawiało kłopotu. Pochwę zrobiłem ze stalowej rurki, którą odpowiednio wyklepałem, obciąłem, zanitowałem i dorobiłem, też stalowe strzemiączko, które przylutowałem. Bagnet nie miał obudowanej rękojeści, prawdopodobnie była drewniana i zgniła w ziemi. Na rękojeść wykorzystałem kawałki ebonitu, który poniewierał się w warsztacie po pracach radiotechnicznych Ojca i Stryja. Na rękojeści wyryłem swój znak Z nałożone na Z (Zbigniew Zębik). Moja finka – bagnet wymagała porządnego oczyszczenia z rdzy, co nie było łatwe, ale możliwe do zrobienia na szlifierce. Finkę tą miałem od 1955 roku i mam ją do dziś. Towarzyszyła mi we wszystkich wyprawach harcerskich i również innych. W 1963 roku na rękojeści dopisałem jeszcze literę B, która wiązała się pewną dziewczyną. Finka - bagnet idealnie nadawała się do ćwiczenia rzutu nożem. Była ciężka i miała solidną budowę. Do ćwiczeń rzutów, tak ja jak i moi koledzy z podwórka używaliśmy jako cel szwel kolejowy, czyli podkład kolejowy, który ustawialiśmy pionowo (w podwórku mieszkało trzech kolejarzy, nie było z tym problemu). Finkę tą miałem oczywiście w Bieszczadach w 1958 roku i widać ją na zdjęciu -Posiłek w okolicy Halicza- w poprzednim opracowaniu. Dobrze służyła do otwierania konserw, jak również w zastępstwie za widelec.
Toporek
Książki o Dzikim Zachodzie, sprowokowały mnie do zrobienia sobie tomahawku. Nie był to typowy tomahawk, ponieważ nie było szans na kupienie, załatwienie (wówczas większość spraw załatwiało się) takiego niekonwencjonalnego narzędzia walki. Mój tomahawk zrobiłem z małej siekierki. Wybrałem całkiem zgrabną siekierkę, uciąłem styl, tak aby przypomniał tomahawk i końcówkę styla opasałem stalowym płaskownikiem, jako wzmocnienie. Takim to tomahawkiem/siekierką, ćwiczyliśmy z kolegami indiańskie rzuty. Przyznam, że nie było to łatwe, aby trafić ostrzem siekierki w cel. Celem nadal był podkład kolejowy lub deski w płocie. Wzmocnienie styla było bardzo przydatne, ponieważ często zamiast ostrzem siekiery, tomahawk trafiał w cel stylem.
Rzut nożem (finką – bagnetem) był łatwiejszy i w tym wypadku trafność ostrzem w cel dochodziła do około 8 celnych na 10 rzutów. Bardzo ważna była odpowiednia odległość rzucającego od celu. W wypadku tomahawku trafność ostrzem była pół na pół.
W 1958 roku, kiedy już było jasne, że jedziemy w Bieszczady, oczywistym było, że wezmę swoją finkę, ale trudno było by zabrać też tomahawk. Nie był by za bardzo przydatny. Wiedzieliśmy już, że jednym z zadań będzie zbieranie suchych drzew oraz, że będziemy tworzyć obóz, gdzieś w lesie, na polanie. Pomyślałem, że dobrze było by zabrać z sobą strażacki toporek. Tego kupić się nie dało natomiast dało się załatwić. Poprosiłem swojego Ojca, aby załatwił mi taki toporek, na wypożyczenie ze straży pożarnej na Częstochowiance. Tam była największa zakładowa straż zawodowa w Częstochowie. Ojciec załatwił. Dostałem toporek strażacki razem ze skórzanym futerałem, który dopinało się do pasa. Toporek przydał się w Bieszczadach. Wyciął nie jedne krzaki, które nam przeszkadzały. Był tak intensywnie używany, że aż mu zaczął pękać styl. Związałem go drutem miedzianym, który zawsze woziłem do różnych napraw (w domu elektronicy, to i miedziany drut był). Ten toporek jest do dziś. Futerał, skórzany, kiedyś mocno zapleśniał i niestety nie dotrwał. Do zdjęcia, które zrobiłem niedawno, trochę go oczyściłem.
Pałatka
W latach osiemdziesiątych, XXI wieku, moje dzieci natrafiły w komórce, w bloku, na dużą zieloną płachtę. Spytały mnie, co to jest. Wyjaśniłem, że to jest harcerska pałatka. Nic im to nie mówiło. Pokazałem jak się pałatkę używało. Opowiedziałem, jak z pałatek można zrobić bardzo szybko namiot. Spotkałem się z niedowierzaniem. Pałatkę, tą zabierałem na wycieczki, wyjazdy pod namiot. Ostatnio, 2012 rok, wnuczki potrzebowały koc do siedzenia na trawie. Dałem im pałatkę. Otrzymałem podobne pytanie: -Dziadku, a co to jest?
Na wyjazd w Bieszczady pałatkę pożyczyłem na tzw. święty–nigdy od mojego kolegi harcerza z drużyny przy LO na Rakowie, Dzidka Janiszewskiego. Wówczas zdobycie pałatki też nie było tak -hop-siup-. Pałatki w Bieszczadach widoczne są na zdjęciach z Krzemieńca. Uchowaną do dziś pałatkę sfotografowałem kilka dni temu. Widać porządną robotę, trzyma się dobrze, ma metalowe nierdzewne guziki, dalej może służyć.
Bieszczady później
Bieszczady tak nam się spodobały, że w 1961 roku, z Dzidkiem Janusikiem (był również w HALMS 1958), namówiliśmy dwóch moich kolegów z podwórka, Bogdana i Andrzeja Siwczaków, na wyjazd letni w Bieszczady. Pojechaliśmy autostopem do Komańczy. Stamtąd, pieszo z namiotem i plecakami, przeszliśmy tą samą drogą na Halicz, oraz z powrotem, którą szliśmy trzy lata wcześniej. Bieszczady były już inne. Kolejka wąskotorowa szła dalej. Droga zbudowana była do Ustrzyk Górnych. Więcej domów, pojawiły się sklepy, pojawili się turyści.
Nie mieliśmy jeszcze nowszej mapy i używaliśmy starą mapę z 1956 roku.
W Bieszczadach byłem jeszcze kilka razy z różnych okazji, zawsze jednak z wycieczkami, na rajdach. Kiedyś w latach osiemdziesiątych próbowałem odnaleźć polanę, na której mieliśmy nasz obóz harcerski z Traugutta. Niestety, okolica była zupełnie zmieniona, być może polana już zarosła lasem.

Czuwaj, Zbyszek Zębik, sierpień 2012

Andrzej Myślin Dodano: 2012-09-07 22:10

Zbyszku ! wszystkich nas ciągnęło i ciagnie w Bieszczady jak wilka do lasu.Do niedawna jeszcze na stoku Ryczywołu, w Krywem była owczarnia na strychu której urzadzaliśmy potańcówki prz lampach naftowych !!!
Zbigniew Zębik Dodano: 2017-02-27 09:58

Małe sprostowanie - w 1961 roku nie doszliśmy do Halicza. Taki był plan
Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net