absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 25. lutego 2018.

Zwierzę Szkolne, dodał: Bojanek Maria

Maria Bojanek ukończyła studia wyższe na wydziale filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, kierunek filologia germańska, w czerwcu 1970 roku. l września tego samego roku rozpoczęła pracę w II Liceum Ogól¬nokształcącym im. T. Traugutta w Częstochowie. W roku 2007 po 37 latach pracy przeszła na emeryturę.
Tak wygląda suchy zapis faktów mojego życia zawodowego czy też, jak się to ostatnio mówi, mój biogram. W ostatecznym rozrachunku tak właśnie •widzą mnie dokumenty. Tyle, że ja widzę to nieco inaczej. A jak ?
28 lat mojej pracy spędziłam jako wychowawca i o tej pracy już pisałam. Dziś kilka zdań na temat mojej pracy dydaktycznej i społecznej. Kiedy rozpo¬czynałam pracę nauczyciela miałam za sobą kilka lekcji przeprowadzonych pod nadzorem uczelnianego metodyka oraz kilkadziesiąt lekcji samodziel¬nych w ramach praktyki pedagogicznej. Ale dopiero pierwsze samodzielne lekcje prowadzone według tzw. konspektów, które sumiennie przygotowywałam, były prawdziwą szkołą. Uczniowie są jacy są, nowego nauczyciela próbują –ustawić- według własnego widzimisię. Na początku jakoś opornie im szło, bo ani na jotę nie odchodziłam od ww. konspektów, poznawałam ich jako uczniów mojego przedmiotu, a potem jako osoby. I bywało różnie, i śmieszne i straszno, wszystko zależało od zespołu klasowego. Czasami udawało im się mnie okpić, oszukać o czym dowiadywałam się po latach na spotkaniach rocznicowych , czasami wyciągali mnie na wspominki ze studiów czy wojaży. Ale generalnie nie robili tego nagminnie i w większości udawało mi się przekazać im moją wiedzę i jaką taką orientację w języku, którego miałam ich nauczyć. A to nie zawsze była łatwe, bo np. słyszałam taką argumentację: -nie będę się tego języka uczyć, bo Niemcy wymordowa¬li pół mojej rodziny-, albo -nienawidzę tego języka-, albo -po co się uczyć niemieckiego, przecież angielski jest najważniejszy- (a wtedy, gdy zaczyna¬łam pracę nie było w szkole angielskiego, tylko obowiązkowy rosyjski i do wyboru niemiecki, francuski i łacina). Nie próbowałam dyskutować z tymi argumentami czy walczyć, ot pozostawiałam wszystko czasowi. Kto chciał, to czegoś się tam nauczył, pewnie, że nie były to szczyty płynności w mowie, ale porozumieć się każdy mógł. Tyle, że mnie się wydawało, że języki obce, wszelakie zresztą, są w życiu nieodzowne, w końcu liceum ogólnokształcące obligowało do kształcenia także językowego. Nie zadałam sobie nigdy tru¬du by policzyć ilu -wykształciłam- następców, ale nie dalej jak w tym roku ktoś z mojego Poraja, jadąc na wakacje spotkał panią, która wprawdzie się nie przedstawiła ale prosiła o przekazanie mi, tj. -swojej pani profesor od niemieckiego- pozdrowień. Pani owa jest doktorem germanistyki i to ponoć ja dałam jej solidne podstawy do studiów i dalszej kariery naukowej Dla tego rodzaju -ulotności - myślę sobie- pracuje nauczyciel.
Gdyby podzielić 37 lat mojej pracy na dziesiątki, to:
1.Lata 70. to zdobywanie doświadczenia w uczeniu i próbie wycho¬wania młodych. Jak już wspominałam przez 3 pierwsze lata pracy miałam na każdej lekcji przygotowany konspekt. To pomagało utrzymać np. ramy czasowe lekcji, ale też nie umiałam się z nich czasami uwolnić, by przeka¬zać uczniom coś, czego w konspekcie - a szerzej i w programie - nie było, a mogło ich jakoś zaciekawić i przekonać do uczenia się tego nielubiane-go przez nich języka. Aliści już w tym czasie istniały możliwości studiów zagranicznych, m.in. w NRD (bo RFN - czyli po mówiąc po śląsku Richig Fajne Niemcy były -Wraże-). I kilkunastu moich uczniów z tej możliwości skorzystało, a części z nich udało się zrobić kariery, także dzięki znajomości języka niemieckiego.
Obok pracy dydaktycznej, opiekowałam się szkolnym szczepem ZHP. To może za duże słowo że opiekowałam się. Uznałam, że starsi harcerze w li¬ceum są samodzielni i pozwalałam im robić to, na co w ramach pracy harcer¬skiej mieli ochotę. Ja towarzyszyłam im na licznych harcerskich i nie harcerskich rajdach jako opiekun. Raz nawet sami zorganizowali jeden z rajdów na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, który był dla mnie nauczką, bo dając im całkowitą swobodę działania, naraziłam uczestników tego rajdu na przykre konsekwencje tej ich swobody. Dobrze, że z tego -bigosu- wyciągnął mnie, organizatorów i oczywiście naszą szkołę dyrektor G. Gracki, dzięki swojemu urokowi i umiejętności prowadzenia negocjacji. Od tej pory kierowałam się w obcowaniu z działaniami młodzieży zasadą wyrażoną w języku niemiec¬kim jak następuje: Vertrauen ist Gut, Kontrolle ist besser (tu miałam nie pisać tłumaczenia, bo ogólnie wykształcony absolwent Traugutta powinien to zrozumieć, ale może? Zaufanie jest dobre, kontrola lepsza).
W tychże latach byłam jeszcze, jako opiekun, na obozie nad Wigrami, z prof. Z. Szulcem. Gdyby teraz opowiedzieć młodemu człowiekowi o wa¬runkach noclegowych, toaletowych itp., to pewnie popukałby się w głowę. Na obozie były same dziewczyny. Spałyśmy w stodole na sianie, w którym buszowały polne myszki. Myłyśmy się pod studnią lub w jeziorze, a na stronę chodziłyśmy do tzw. sławojki. Ale co tam, pogoda była wspaniała, w okolicznych lasach mnóstwo jagód i poziomek, cisza, spokój, relaks. Cudo!!!
Pamiętam jeszcze wędrowny obóz w Pieniny i Tatry, którego organiza¬torem był mój kolega Włodek Kolman (wówczas jeszcze dla mnie pan Włodek), który przejął opiekę nad harcerstwem. Wędrowaliśmy całymi dniami, czasami było ciężko, ale nikt nie marudził. Wtedy wielu młodych ludzi zła¬pało bakcyla gór. Ja osobiście utwierdziłam się w lubieniu wędrowania i w kolejnych latach, jako wychowawca, prawie zawsze wlokłam uczniów w góry. Bo ten wysiłek wędrówki, piękno gór, ich niedostępność i ogrom pozwalało nabrać dystansu do wielu spraw, które tak im, jak i mnie w do¬linie męczyły. Po latach, na spotkaniach, niektórzy dziękowali mi za to za¬rażenie ich górami.
Były też obozy harcerskie naszego szczepu w NRD - góry Harz i Drezno - każdy uczestnik mógł poznać tak góry jak i przepiękne barokowe miasto Drezno, dzięki wymianie uczestników, po tygodniowym pobycie w każdym z tych miejsc. Też jest co wspominać, choćby ablucje żeńskiej części kadry i obozowiczów przy pomocy butelek z ciepłą wodą i szmatek, w ciemnym lesie na polu namiotowym, pośród lasów gór Harz.
W tychże latach 70. wyjeżdżałam w wakacje z harcerzami (to, że nie byłam już w szkole opiekunką szczepu nie pozbawiło mnie stopnia harcmi¬strza, a znajomość języka niemieckiego była nieodzowna). I na tych obozach bywali ze mną aktualni, ale także, jak się później okazywało, przyszli Trauguciacy.
2. Lata 80. to czas, kiedy szkoliłam się w zawodzie, a szkolenia to nie tylko spotkania nauczycieli z pracownikami naukowymi z Polski, Niemiec czy Austrii. To również wyjazdy na kursy wakacyjne czy półroczne studia podyplomowe w kraju i za granicą. Na spotkaniu przed wyjazdem na jeden z takich wakacyjnych zagranicznych kursów spotkałam przedstawicielkę z Fundacji Boscha, która nam, nauczycielom j. niemieckiego z Polski, ofero¬wała pośrednictwo w znalezieniu jakiejś szkoły partnerskiej w Niemczech. Tu powróciła znowu myśl, że takie partnerstwo mogłoby stanowić prze¬łamanie tej niechęci czy lenistwa w stosunku do nauczanego przeze mnie przedmiotu. I tak, po niemal trzech latach od wspomnianego spotkania, bodaj w roku 1988, nawiązałam kontakt korespondencyjny z nauczycielem Gimnazjum Willibrorda w Emmerich nad Renem.
3. Lata 90. to czas rozpoczęcia i prowadzenia polsko-niemieckiej wy¬miany. Kontakt nawiązany listownie z p. Gerdem van HalFem zaowocował prawie dwudziestoma latami wymian uczniowskich i nauczycielskich z tą szkołą. Dla mnie i moich ówczesnych uczniów, przede wszystkim wycho¬wanków, ten pierwszy wyjazd do Niemiec, to było coś nowego, do czego po¬deszliśmy z wielkim zapałem ale i z pewnymi obawami. No bo jakże to tak: Polacy i Niemcy razem, mieszkamy w ich domach, chodzimy z nimi na zaję¬cia szkolne, wyjeżdżamy wspólnie na wycieczki i cały czas mamy mówić po niemiecku? Przecież to się nie uda! Ale udało się: najważniejsze było wejście do rodzin, ale wszyscy niemieccy rodzice przyjęli nasze dzieci jak swoje. Było sporo nieporozumień, czasem złość, że czegoś nie rozumiemy, czasem śmiech, że jednak wiemy o co im chodzi. I tak raz do roku odbywała się wy-miana uczniów: 20 uczniów z każdej szkoły, najpierw wizyta nasza u nich, najczęściej wiosną, potem ich rewizyta w Polsce, najczęściej jesienią. Przez te kilkanaście lat nasi uczniowie mieli okazję poznać szkołę niemiecką, ży¬cie rodzinne swoich kolegów, mogli zwiedzić liczne miejscowości w okolicy np. Xanten, Kleve, Kevelaer, czasem duże miasta jak Kolonia, Akwizgran czy Dusseldorf, zawsze byli w jakimś mieście w Holandii np. w Amsterda¬mie, Utrechcie. Mieli prawie zawsze możliwość obcowania ze sztuką, prze¬ważnie współczesną. Elementem jednoczącym młodych były tzw. projekty, proponowane przez młodzież i prawie całkowicie przez nią realizowane. Zaczęło się od tzw. ruchomej rzeźby integracyjnej, na której wszyscy uczest¬nicy wymiany umieścili odlewy swoich twarzy na konstrukcji zawiera¬jącej kulę ziemską i 4 postaci z różnych Eko surowców jak papier, słoma, drewno i kawałki złomu. Rzeźbę pokazano w obydwu szkołach i wywołała ona spore zainteresowanie. Potem, wspólnie z uczniami, również i z Fran¬cji, stworzyli rap opowiadający o swoich krajach. Następnie był np. projekt fotograficzny, czyli fotografie pokazujące, jak młodzież z obu krajów widzi kraj swego partnera z wymiany. Był projekt plakatu obrazujący •wzajemne polsko-niemieckie, animozje i sposób ich przezwyciężania, projekt kulinar¬ny z degustacją narodowych potraw i wiele, wiele innych. Myślę dziś, że to moje skromne działanie mogło się przyczynić do tego, że ten i ów uczeń, któremu nauka niemieckiego źle się dotąd kojarzyła, zobaczył, że to może nie jest takie głupie i że warto ten język jednak znać. Wiem, że ci uczniowie, którzy chcieli, zawarli ze swoimi partnerami z wymiany jeśli nie przyjaźnie, to przynajmniej koleżeństwo, że się wzajemnie odwiedzali, czasem indywi dualnie, czasem grupowo, a czasem nawet i rodzinnie. Ale najważniejsze, że już bez obaw i uprzedzeń. Tak trzeba w dzisiejszej Europie - myślę.
4. Moje ostatnie wychowawstwo skończyło się w roku 2003. Tych kilka lat do emerytury przeżyłam może spokojniej ale i nudniej. W tym czasie, namówiona zresztą przez koleżanki, zadbałam wreszcie o siebie i zdoby¬łam stopień nauczyciela dyplomowanego, który trochę podreperował moje finanse. A ostami rok pracy uświadomił mi, że ... w szatni płaszcz pozostał przedostatni i że to już przedostatni raz tańczą... jak śpiewał Mły¬narski. I odeszłam bez żalu na emeryturę.
Dlaczego zatytułowałam to wspomnienie tak, a nie inaczej? Otóż jeden z moich niemieckich kolegów z Gimnazjum Willibrorda w Emmerich po¬wiedział mi któregoś dnia: Ty jesteś zwierzę szkolne, ty spędzasz tu tyle czasu, twój czas wolny też wiążesz z uczniami, takich jest niewielu. Czy cię to nie męczy?
Nawet gdyby tak było, to nie żałuję tego czasu, który oddałam mojej szkole, moim uczniom i wychowankom - mojemu Trauguttowi.

wspomnienie ukazało się w książce Janusza Kołodziejskiego - Trauguciacy Bardowie Tradycji.

Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net