absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 25. lutego 2018.

Wspomnienia biskupa Antoniego Długosza, dodał: Cieślak Aleksander

Wspomnienia

Z księdzem biskupem Antonim Długoszem wspominaliśmy szkolne czasy spędzone w Liceum im. H. Sienkiewicza. Choć czasy w których uczęszczał do szkoły są odległe to jednak z chęcią wspominał tamten okres. Jak podkreśla, szkoła była dla niego ważnym etapem nie tylko zdobywania wiedzy, ale również ukształtowała jego poglądy życiowe, w pewnym sensie wpłynęła na jego decyzje przyszłych jego losów.
Swoją edukację rozpoczął w szkole Nr 4 , które nieustannie zmieniała swój lokal i adres. I tak przemieszczał się z tornistrem najpierw na ulicę Kiedrzyńską i Kawią, potem do następnego budynku przy ulicy Dąbrowskiego i na koniec przy ulicy Krótkiej ( obecnie w tym budynku jest szkoła dla dzieci specjalnej troski ). Szkołę tę wspominał z największą życzliwością. Wraz z ówczesnymi kolegami byli wyjątkowo zżyci ze sobą. Nie było wtedy barier, który z rodziców ma więcej pieniędzy, kto ma wyższy status społeczny. Wszyscy w odniesieniu do siebie byli na jednym koleżeńskim pułapie. . Tutaj po raz pierwszy w swoim życiu spotkał wspaniałych pedagogów. Jak wspomina języka polskiego nauczała pani Gajewska . Pamięta jak na konkursie z sali Liceum Sienkiewicza czytałem utwór Marii Konopnickiej „ Dym ”. Matematyki uczył w tym czasie pan Madlejski – też wspaniały człowiek Potem przyszły czasy na edukacje w następnej szkole .W Liceum im. R. Traugutta Antoni Długosz uczęszczał do klasy VIII b , której wychowawcą był jego imiennik początkujący wtedy nauczyciel fizyki prof. Antoni Drzazga. Pomimo swojego młodego wieku był niezwykle sympatycznym i zacnym człowiekiem. Wiadomo, że wtedy młodych chłopców rozpierała energia. Patrzyliśmy zazwyczaj , gdzie by tu cos spsocić, nauka często schodziła na drugi plan. Wtedy właśnie do akcji wkraczał wychowawca prof. Antoni Drzazga tłumacząc, gdzie tak naprawdę jest miejsce ucznia w szkole. Był wyrozumiały, szukał nieustannie drogi do kompromisu, całe lekcje wychowawcze tłumaczył , jak wyglądać powinien nasz stosunek do nauki , szkoły i nauczycieli. Był oddany bez reszty, kierował się dobrym sercem i swoim , skromnym wtedy doświadczeniem pedagogicznym. Kończąc naukę i opuszczając szkołę w 1959 roku wychowankowie mieli pełne przekonanie , że jemu właśnie najwięcej zawdzięczają w zdobyciu wiedzy i wychowania.
Dyrektorem szkoły był wtedy Władysław Herman , który klasę do której uczęszczał Antoni Długosz uczył geografii. Był statecznym, miłym panem. Wszyscy zdawali sobie sprawę , że jest osobą, która starała się często wejść w uczniowskie położenie, starał się zrozumieć motywy postępowania. Być może dlatego, że miał syna w tym samym wieku, być może był to jego zwyczajowy sposób podchodzenia do uczniów, jako nauczyciela i dyrektora szkoły. Jak wspomina Antoni Długosz : „ Pamiętam jak osobiście zaniosłem wypełnioną przez moich rodziców deklarację uczestnictwa na lekcje religii. Dyrektor Herman przyjął mnie ciepło i ze zrozumieniem. Trudno to oddać teraz po latach, ale w jego spojrzeniu , rozmowie czuło się pełną aprobatę decyzji moich rodziców. Zresztą jak się potem dowiedzieliśmy nasz dyrektor miał ciągle kłopoty z władzami partyjnymi ”. Zarzucano mu dość duży procent absolwentów, którzy po skończonym liceum wybierali zakon lub posługę kapłańską. Pewnie zdawał sobie sprawę, że jest ciągle inwigilowany i w końcu podjął decyzję o rezygnacji z tego stanowiska. Klasę do której uczęszczał Antoni Długosz dyrektor Władysław Herman uczył zaledwie rok, w następnych latach nauczał geografii uczył profesor Józef Stępień zwany przez „ Sputnik ”, który miał też dodatkowo astronomię. Profesor Stępień potrafił w sposób doskonały i perfekcyjny nauczyć układu gwiazd na niebie. W szkole uczniowie znali na wyrywki wszystkie gwiazdozbiory. Na wycieczce w chorzowskim planetarium wyznaczył Antoniego Długosza, aby przy pomocy wskaźnika pokazał wszystkie gwiazdozbiory. Profesor Stępień znany też był z innej strony. Często w szkole łapał uczniów na grze w popularnego wtedy „ cymbergaja ”. Znienacka zaskakiwał grających , zabierał pieniądze i oświadczał, że przeznacza je na cele dobroczynne.
Początkowo języka polskiego uczyła prof. Barbara Jackowska. Na lekcję przychodziła w pofałdowanej, plisowanej spódnicy koloru jasnej czekolady. Z obu stron miała wszyte dość duże kieszenie. Często prowadząc lekcję przechadzała się pomiędzy ławkami, a uczniowie wrzucali niespostrzeżenie różnego rodzaju drobne przedmioty, najczęściej powybierane kamyszki z posadzki. Profesor oczywiście zauważyła w końcu te harce, ale była na tyle taktowna i miła, że nigdy nie wyciągnęła żadnych konsekwencji. W następnym roku zajęcia z języka polskiego miał już profesor Józef Wójcicki. Miał ciekawy sposób prowadzenia zajęć, stosował metodę aktywizującą. Często czytał fragmenty prozy, poezji , a następnie każdy musiał przy tablicy analizować ów tekst. Profesor przysłuchiwał się każdej wypowiedzi uważnie. Pytał dotąd , dopóki nie miał pełnej oceny , że już nic więcej nie uzyska i wtedy na koniec lekcji sam zaczynał interpretację owego tekstu, ukazując nam całą jego złożoność od początku do końca. Profesor Wójcicki był wymagającym nauczycielem. Zawsze surowo oceniał, ktoś kto uzyskał u niego ocenę dostateczną, bądź dostateczną z plusem uważany był za szczęściarza. Był to bodajże najwyższy stopień uznawany przez profesora i nikomu tej bariery z reguły nie udało się pokonać. Profesora wszyscy darzyli olbrzymim szacunkiem. W tym czasie profesor Wójcicki chodził na mszę młodzieżową do kościoła Św. Zygmunta. Większość uczniów w szkole nie zdawała sobie sprawy , ale profesor Wójcicki za uczestnictwo we mszy świętej i za swe przekonania religijne miał nieustanne kłopoty z władzami partyjnymi w mieście. Absolwenci często wspominają , jak przed egzaminami maturalnymi profesor zwrócił się do wszystkich : - Kto z was pisze piórem z atramentem niebieskim, to proszę nabrać go z mojego pojemnika. Jak co to ja tym samym atramentem błahy błąd poprawię. W tym czasie profesor Wójcicki pisał pracę doktorską o Stefanie Żeromskim, ale że do pracy wprowadził motyw religijny, więc wszelkimi możliwymi sposobami uniemożliwiono mu obronienie doktoratu. Był jednak w swych zasadach życiowych nieugięty wobec tego od koniec swojej pracy zawodowej został przeniesiony służbowo do Kłobucka, skąd przeszedł wkrótce na emeryturę. Po jego śmierci, ksiądz biskup Antoni Długosz , jako były uczeń odprawiałem pogrzeb profesorowi. Jak wspomina „ dziwne to jest uczucie, kiedy swojemu nauczycielowi odprawia się mszę i nabożeństwo żałobne. Trudno mi to wytłumaczyć, ale człowiekiem kieruje wtedy niewypowiedziane uczucie głębokiego żalu i przedziwnej zadumy nad splotem losów ludzkich ”.
Teraz kilka słów o matematyce. Początkowo przedmiotu tego nauczała profesor Janina Ruderko, w następnych latach jeden z najwybitniejszych nauczycieli szkoły - profesor Piotr Marszałkiem . Był nauczycielem typowo przedwojennego pokroju, prowadził zajęcia perfekcyjnie . Potrafił w cudowny sposób urzec matematyką. Zawsze cierpliwie tłumaczył zadania i pojęcia matematyczne, gdy jednak nie miał rezultatów swego wysiłku, kiedy jednak uczniowie nie rozumieli wyjaśnianych pojęć, wtedy widać było troskę na jego twarzy. Szczególnie dbał o uczniów słabych. Na egzaminie maturalnym zawsze dłużej zatrzymywał się przy uczniu mającym z matematyką problemy, natomiast dobrym ufał i wiedział, że z pewnością dadzą sobie radę. Słowem oddany był nam bez reszty.
Niezwykle charakterystyczną postacią był profesor od języka niemieckiego Teodor Kusznir. Był wybitnym, , bardzo uzdolnionym człowiekiem. Łysy, o orlim nosie wzbudzał zawsze respekt wśród uczniów. Zawsze przechadzał się z pałką w ręku i gdy tylko uczniowie zaczęli rozmawiać energicznie uderzał nią w stół. Od razu nastawała cisza. Profesor zdawał sobie sprawę , że nie każdy uczeń ma uzdolnienia językowe. Starał się słabszym uczniom nie szkodzić. Pewne minimum każdy musiał znać – to była norma. Zdolniejsi uczniowie musieli jednak wykazać się dużo głębszą wiedzą.
Geografię początkowo wykładał profesor Franciszek Gollenhofer . Był to zacny , poważny pan. Miał zwyczaj chodzenia zawsze w kaloszach, ale w szkole obowiązkowo zdejmował je przed drzwiami klasy. Po ich zdjęciu ustawiał koło drzwi , na skarpety wkładał błyszczące, wyglancowane czarne buty. Następnie wchodził na lekcję, w tym czasie uczniowie innych klas wkładali do kaloszy liściki do koleżanek z LO Słowackiego. Profesor po skończonej lekcji ponownie zmieniał obuwie i w kaloszach szedł na pozostałe lekcje do LO Słowackiego. Tam podobnie jak w Traugutcie, kalosze zostawiał pod klasą. Wtedy dziewczęta po kryjomu odbierały listy. W ten sposób realizowało się powiedzenie o tzw. „ poczcie pantoflowej”. Jak ktoś nie wie skąd się wzięło to powiedzenie to teraz już wie..
Profesor Gollenhofer wzywając ucznia do tablicy zawsze zwykł mawiać :
- Czyś gotowy, czy masz zeszyt przedmiotowy ?
Była to jego stała regułka, niezmienna od lat, stąd stała się dla niego w pewien sposób charakterystyczna. Wielką postacią w szkole była jego żona prof. Maria Gollenhofer. Nauczała języka francuskiego. Niemalże cała szkoła wiedziała o niej wszystko. W szkole mawiano na nią „ madam ”. Gdy szła korytarzem rozstępowaliśmy się na boki i z szacunkiem odprowadzaliśmy ją wzrokiem.
Języka rosyjskiego uczyła profesor Jadwiga Litwińska, którą przezywano „ Tania ”. Niestety, jako młodzi i nieznośni chłopcy dokuczali profesor na każdej lekcji. Wyjątkowo denerwował ją jeden z kolegów z klasy – brzuchomówca. Potrafił konwersować nie otwierając ust. Początkowo profesor denerwowała się nie mogąc zlokalizować winowajcy. Potem oczywiście już wiedziała, kto ma takie możliwości i gdy tylko ów uczeń zaczynał swoją niewidzialną mowę, wtedy wyjątkowo się denerwowała. Nie chciała być za wszelką cenę powodem śmiechów i niestosownych docinków. Czasem była bezsilna wobec głupich uczniowskich żartów. Dzisiaj po latach pewnie każdy z nich się wstydzi, z perspektywy czasu każdy jest oczywiście mądrzejszy, wtedy kierowały pewnie inne motywy, których teraz tylko się żałuje.
Kolejnym przedmiotem , który uczniowie klasy VIII b musieli wkuwać była biologia . Początkowo w klasie uczyła profesor Władysława Hoszowska , nosząca pseudonim „ Eugena ”, potem nauczała w liceum im. J. Słowackiego. Była prawdziwym postrachem w szkole. Kiedy przechodziła środkiem korytarza wszyscy uczniowie stali w milczeniu na baczność. Budziła wśród niebywały respekt, choć była już w sędziwym wieku. W jej miejsce zatrudniono młodą profesor Ilonę Kołodziejczyk. W tym czasie profesor Kołodziejczyk uczyła również tego przedmiotu w Niższym Seminarium Duchownym. Gdy tylko władze oświatowe dowiedziały się o tym , natychmiast kazały jej wybrać, albo pracę w szkole , albo w seminarium. Zrozumiałe, że wybrała pracę w szkole. Ale jako osoba głęboko religijna, zawsze była bacznie obserwowana przez władze partyjno - oświatowe. A nauczała doskonale. Zdawała sobie sprawę , że spora część po skończonym liceum wybierze studia medyczne. Wobec tego wymagała biologii w szczególny sposób od tych , którzy zdecydowanie deklarowali swoją medyczną przyszłość. Często na lekcjach operowała łacińskimi terminami, co jak się potem okazało, było wielkim ułatwieniem dla przyszłych studentów. Znali te zwroty i łatwiej było im zrozumieć sens uczelnianych wykładów. Profesor Kołodziejczyk zawsze była cenioną i szanowana nauczycielką . Pomimo swojego młodego wieku uczniowie zdawali sobie sprawę, że dystans wiekowy w zdobywaniu wiedzy nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.
Ciekawe i pożyteczne zajęcia z chemii prowadził profesor Tadeusz Gałecki. Miał zawsze stały układ prowadzenia zajęć : występowanie, powstawanie i zastosowanie. Klasę VIII b nauczał przez trzy lata. W czasie zajęć dawał z siebie wszystko, by uczniowie pojęli cokolwiek z chemii. Był rzetelnym , sympatycznym nauczycielem dla którego chemia była pasją życiową. Na lekcjach dużo tłumaczył , był wymagający, ale sprawiedliwy.
Niezwykle popularne były lekcje wychowania fizycznego. Przedmiot ten nauczał profesor Zdzisław Szulc. Szczególny nacisk kładł na grę w koszykówkę. Co roku w rywalizacji z LO Sienkiewicza zespół Traugutta wygrywał właśnie w koszykówkę, odwrotnie było z siatkówką. Zwyciężał na ogół Sienkiewicz co w konsekwencji rywalizacji tych szkól padał remis. Profesor Szulc był bardzo aktywnym człowiekiem, organizował dla młodzieży obozy wędrowne, spływy kajakowe. Chłopcy jadąc z nim w wakacje wiedzieli , że jest to dla nich wielkie wyzwanie, bo warunki na obozie często były spartańskie. Z profesorem Szulcem związana jest też zabawna sytuacja , jaka miała miejsce w przejściu szkolnym. Nad korytarzem zaczaili się koledzy z wiadrem wody, chcąc oblać nim wychodzących i nic nie spodziewających się kolegów. Niestety ich pomyłka była fatalna. Zamiast kolegów wodą polali wychodzącego ze szkoły profesora Szulca. Ale jak się okazało profesor nie zrobił z tego żadnego użytku, trochę przemówił chłopcom do rozsądku i na tym epizod się skończył. Uczniowie zdawali sobie sprawę, że tak może postąpić człowiek z charakterem.
A teraz słów kilka o rysunkach. Kto tego nauczał przedmiotu ? I tu niespodzianka. Profesor Józef Wójcicki !! Tak , to on nauczał i to z powodzeniem. Polonista, ale i człowiek o wielkiej wrażliwości i uzdolnieniach plastycznych. Wspaniale malował, szczególnie martwą naturę i pejzaże. Mając takie zdolności potrafił zainspirować i ukierunkować umiejętności plastyczne uczniów. W II semestrze pokazał na lekcjach, jak powstają prace w akwareli. Profesor Wójcicki miał w tym czasie kilka godzin w Liceum Plastycznym . Między innymi jego uczniem był Jerzy Duda – Gracz. Jak wspominał zmarły niedawno artysta, profesor Wójcicki często spierał się z nim . Jako uczeń chciał udowodnić profesorowi, że racje artystyczne są po jego stronie. Jednak po latach dostrzegł kunszt profesora, wiedział, że uwagi sprzed kilku lat były ważne i celne. Profesor Wójcicki talent Jerzego Dudy – Gracza wykorzystywał do redagowani części graficznej szkolnego pisma „ Nasz Świat ”. Warto dodać , że po śmierci profesora Wójcickiego, Jerzy Duda – Gracz nie mogąc przybyć na pogrzeb wysłał list, który odczytał ksiądz biskup Antoni Długosz nad trumną zmarłego, wielkiego profesora. List był pełen uznania dla wielkości tego skromnego, ale „ wielkiego ” nauczyciela.
Religii nauczali w tym okresie dwaj księża, początkowo lekcje religii prowadził ksiądz Władysław Sobczyk, a w roku następnym ksiądz Wacław Chmielewski. Był to czas, kiedy reżim komunistyczny chciał za wszelką cenę wyeliminować religię ze szkoły. Każdy uczeń musiał przynieść deklaracje pisemną, w której rodzice musieli podpisać zgodę , aby ich syn uczył się religii w szkole. W ten sposób chciano zastraszyć rodziców i uczniów. Zwłaszcza rodzice, którzy mieli stałą państwową pensję mogli czuć obawę i zagrożenie utraty pracy.
Osobnym rozdziałem i to ważnym były lekcje historii . Przedmiotu tego uczyła zastępczyni dyrektora , niska , drobna profesor Stefania Kozielewska. W czasach zmian politycznych, ustrojowych, zmiany orientacji geopolitycznej nauczanie historii było nie lada sztuką. Nauczyciel musiał się liczyć z wyrzuceniem z pracy, gdyby tylko wrócił w uczeniu do przedwojennego systemu i głoszonych wtedy doktryn. Trzeba było być wielkim dyplomatom, żeby tak przedstawić sens historii, aby uczniowie rozumieli sens nieodwracalnych na długie lata zmian w Polsce. Taka dyplomatka była właśnie profesor Kozielewska.
Warto też wspomnieć o pani z sekretariatu – Antoninie Janowskiej, sławnej w całej szkole , ale pewnie też i w naszym mieście. Kilka lat wcześniej uczyła języka angielskiego, ale ze względu na pogarszający się słuch skierowano ją do pracy w sekretariacie szkoły. Krążyły o niej legendy, gdy wchodziło się do sekretariatu czuć było „ wielkość ” tej osoby. Była damą , duszą śmietanki towarzyskiej środowiska z którego się wywodziła. W mieście i szkole krążyła wtedy opinia, że swego czasu była damą na dworze ostatniego cara Rosji, podobno też widziała samego Rasputina. Znała biegle kilka języków, ale przy tym była wyjątkowo skromną kobietą.
Nasze wspomnienia o Liceum im. R. Traugutta tak zakończył ksiądz biskup antoni Długosz : „ Dzisiaj po latach z pełną świadomością mogę powiedzieć, że moi profesorowie byli z najwyższej półki uczących wtedy w Częstochowie nauczycieli. Choć byłem humanistą, potrafiłem dać sobie radę na maturze z trudnymi zadaniami z matematyki. Nigdy nie chodziłem na korepetycje. Całą swoją wiedzę zawdzięczam uczącym mnie nauczycielom w szkole. Byli to ludzie z powołania, gotowi poświęcić cały swój wolny czas, aby tylko nas nauczyć. Przy tym byli cierpliwi, szczególnie w odniesieniu do słabszych uczniów. Kiedy mieli świadomość, że przekazywana przez nich wiedza nie trafia do nas, byli zatroskani, widać było, że przejmują się tym, że ktoś z nas czegoś nie rozumie i nie może pojąć. Bywało i tak , że profesorowie wystawiając ocenę niedostateczną zostawiali nas przy tablicy i tłumaczyli dotąd , aż nie pojęliśmy przekazywanej wiedzy. Dwójka zostawała w dzienniku, ale i otwierała się furtka poprawy tej oceny. Ówcześni profesorowie w żaden sposób nie pasowali to występujących wtedy realiów politycznych. Tragedią dla wielu z nich był fakt, że nie odpowiadał im ten sztucznie stworzony po wojnie świat. Nowy system wymuszał na nich ukrywanie prawdy, czasem prawdy dowiadywaliśmy się kiedy sprytnie nauczyciel przekazywał ją między wierszami, ale było to już wtedy dość ryzykowne posunięcie dla nauczyciela. A mimo to potrafi nas wychować i nauczyć. Wielu z nas stało się prawymi ludźmi. Ja osobiście zawdzięczam moim nauczycielom i profesorom całą moją edukację, w jakimś sensie przygotowali też podwaliny pod moją przyszłą najważniejszą dla mnie decyzje wyboru przyszłości.
Dzisiaj jako osoba duchowna, ale i jako absolwent mogę swoją posługą religijną służyć mojej szkole. Uczestniczyłem w poświeceniu popiersia Romualda Traugutta , odprawiałem uroczyste nabożeństwa w dniu zjazdów absolwentów. Jest to może niewiele, ale jest to mimo wszystko mój skromny hołd dla mojej kochanej szkoły, która sprawiła , że jestem jaki jestem i jestem kim jestem ”.

Wspomnienia spisał Aleksander Cieślak

Wiesław Kolan Dodano: 2014-12-30 20:03

Wspaniale,dokładnie i radośnie wspominał ks.biskup Antoni Długosz,tak, jakby to było wczoraj.Przypomniał mi wiele zdarzeń z życia klasy i kilku prof.,bo niestety nazwiska części zacnego Grona uleciały.Serdeczne pozdrowienia i najlepsze życzenia.A ponieważ mogę dodać do niektórych wątków trochę wiedzy,to wkrótce ją dopiszę/uczyliśmy się w tej samej klasie/.Wiesław.
AutorWiesław Kolan Dodano: 2015-03-14 16:43

Witam serdecznie.Gdy po tylu latach czyta się wspomnienia szkolne kol. Antoniego Długosza,
od wielu lat ks. biskupa częstochowskiego,to rzeczywiście ..lat ubywa.Widzi się profesorów,kolegów,życie szkoły i klasy i szkolne mury.
We wspomnieniach na zjazd@traugutt.net opisałem historię wpływu "działalności" kolegi brzuchomówcy na zachowanie p.prof.T.Kusznira.Inne wspomnienia też tam spróbuję zamieścić.Pozdrowienia.Wiesław.
Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net