absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 25. lutego 2018.

Legenda KOLMAŃCZYKÓW, dodał: Piotr Błędowski

Stwierdzenie, że z mieszanymi uczuciami przyjmuję zaproszenie do napisania o harcerstwie w liceum im. Traugutta, byłoby przesadą, choć muszę przyznać, że kiedy pomyślałem, iż czas najwyższy, by utrwalić ten fragment historii Liceum, opadły mnie wątpliwości, czy łatwo da się dziś wytłumaczyć fenomen, który miał miejsce w czasach zupełnie odmiennych od obecnych. Ta odmienność nie polegała tylko na tym, że styl życia oraz nasze możliwości zagospodarowania wolnego czasu i komunikowania się były całkiem inne niż obecnie, ale i na tym, że warunki życia diametralnie różniły się od dzisiejszych. Jeśli zatem wśród PT. Czytelników znajdzie się ktoś bardzo młody, dla kogo całe dotychczasowe życie przebiega w warunkach gospodarki rynkowej, to niech nie traktuje tych wspomnień jako wyidealizowanego obrazka z zamierzchłej przeszłości, ale jako próbę wyjaśnienia, skąd wzięła się LEGENDA KOLMAŃCZYKÓW.
Dla mnie ta przygoda zaczęła się chyba w 1973 r., podczas obozu harcerskiego w Tatrach i Pieninach. Harcerstwo przeżywało wówczas okres przymusowego upolitycznienia. Zamiast tradycyjnej organizacji harcerskiej w szkołach ponadpodstawowych były tworzone szczepy HSPS („Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej”), ale w Traugucie udało się uniknąć mieszania polityki z harcerstwem. Nie było wprawdzie wyboru, nosiliśmy nowe, nie bardzo lubiane przez nas bluzy zamiast mundurów, ale miejsca na ideologię w Szczepie nie było. Z pewnością zawdzięczamy to nie tylko samemu komendantowi Szczepu, prof. Włodzimierzowi Kolmanowi, ale i rozsądnej postawie kierownictwa szkoły i obserwujących nas bacznie nauczycieli. To właśnie jeden z nich, znany z poczucia humoru prof. Jan Tkocz, ochrzcił nas mianem Kolmańczyków. Do dziś nie wiem, czy było w tym więcej podziwu czy zazdrości, ale my byliśmy dumni z tego określenia.
Wracając do obozu: już po przeniesieniu do Szczawnicy prof. Kolman wyznaczył mnie i jeszcze jednego z kolegów, byśmy razem z nim szybciej przeszli trasę do Krościenka, gdzie mieliśmy odebrać zarezerwowane bilety na spływ Dunajcem. Podczas całej dość długiej trasy w upalne przedpołudnie toczyliśmy ciekawą rozmowę. No, może był to bardziej monolog naszego komendanta niż rozmowa, ale pamiętam swoje wrażenie, że ten intensywny marsz był okazją do zaprezentowania przez Włodka jego poglądów na życie i „zapuszczenia” nam wielu wartych przemyślenia idei. Miałem wówczas okazję potwierdzić pojawiające się już niekiedy wcześniej wrażenie, że nauczyciele w Liceum (a przynajmniej ich spora część) traktują nas jak partnerów.
Myślę, że to właśnie może być wyjaśnieniem sukcesów Kolmanowskiego harcerstwa, w którym nie było miejsca na ideologizowanie, natomiast była przestrzeń dla naszej inicjatywy i odpowiedzialności. Można było to dostrzec wtedy, kiedy Włodek, Sławek Litwiński i kilku innych kolegów wzięło na siebie wysiłek urządzenia studia naszej rozgłośni radiowej i czołgania się po kanałach grzewczych budynku szkolnego, by zainstalować we wszystkich klasach nagłośnienie; kiedy Jurek Zawadowicz był witany jak bohater, bo przywiózł z Wrześni głośniki do wszystkich sal klasowych( przypominam niewtajemniczonym i niepamiętającym, że w roku 1974 nie wystarczyło pójść do sklepu i kupić głośniki, trzeba było je załatwić, najlepiej bezpośrednio u producenta ) czy kiedy podczas kolejnych obozów tatrzańskich zastęp aprowizacyjny wracał z zakupów z -konserwą turystyczną- i odpowiednią ilością pieczywa. Dla mnie jednak, jako ówczesnego szefa szkolnego radiowęzła, najważniejszym przejawem traktowania nas jak odpowiedzialnych ludzi był fakt, że nigdy ani Włodek, ani dyrektorzy Drzazga i Gracki, ani ktokolwiek z nauczycieli nie ingerowali w przygotowywany przez nas program. Zero cenzury prewencyjnej! Dziś to wydaje się oczywiste, ale wówczas… Miałem kolegę w jednej ze szkół w Częstochowie, nad którym podczas odczytywania przez niego komunikatów szkolnych (tymczasem my sami przygotowywaliśmy kilkunastominutowe audycje!) stał nauczyciel pilnując, by treść komunikatu została wiernie odczytana.
Drugą cechą, która nas wyróżniała , była nabyta w dużej mierze dzięki Włodkowi umiejętność pracy w zespole. Dotyczyło to i organizacji oraz prowadzenia wędrownych obozów podczas wakacji, i systematycznej pracy w drużynach, a zwłaszcza w Zespole TOTEM. Współzawodnictwo – nawet wśród artystów, bo tak skłonny jestem określać i tych, którzy śpiewali, i tych którzy grali w kierowanym przez prof. Krzysztofa Pośpiecha zespole – nie przerodziło się w konkurencję za wszelką cenę. Tajemnicą tego sukcesu było chyba to, że większość z nas nie tylko współpracowała ze sobą w szczepie, ale stanowiła grupę dobrych koleżanek i kolegów z licznymi podgrupami przyjaciół.
Praca w grupie to nie tylko przyjemność, ale i wzajemna odpowiedzialność. Podejrzewam, że dla wielu z nas to właśnie doświadczenie okazało się pomocne w późniejszej karierze zawodowej. Praca w grupie wymaga dyscypliny i umiejętności podporządkowania się celom zespołu. Pamiętam, że podczas najdłuższej naszej wycieczki tatrzańskiej, która zakończyła się długim nocnym marszem z Doliny Roztoki do Bukowiny, zmęczony Włodek pomylił drogę. Trzeba było się cofnąć spory kawałek. Wtedy nasz kolega, Jarek P., także bardzo zmęczony, a na dodatek rozgoryczony faktem pomyłki usiadł i wygłosił słynny -monolog na pieńku-, w którym jedyne słowo, jakie mogę powtórzyć bez obawy o urażenie kogokolwiek brzmiało Kolman… Wygłosiwszy swój monolog (przyjęty zresztą z dużą uwagą przez pozostałych uczestników wyprawy) wstał i już bez słowa podążył za całą grupą.
Jest jeszcze pewnie wiele powodów, dla których można mówić o powodzeniu Kolmanowskiego stylu dojrzałego harcerstwa, a nie harcerstwa w krótkich spodenkach. Struktura szczepu nie była typowa. Zamiast zwykłych drużyn mieliśmy drużyny specjalistyczne, zajmujące się tylko pewnymi obszarami, ale dające za to możliwość pogłębiania swoich zainteresowań. To wpływało z kolei na liczbę harcerzy w szczepcie – należał do największych w Hufcu Częstochowskim. Nie przywiązywaliśmy nadmiernej wagi do formalnych struktur, bo liczyły się przede wszystkim efekty pracy, a te były doceniane nie tylko przez komendanta, ale i przez Szkołę. To chyba trzeci czynnik ówczesnego sukcesu. Nasza praca znajdowała uznanie w środowisku szkolnym, czemu dawali wyraz obaj dyrektorzy i nauczyciele. Wyrazem tego uznania było i to, że w naszym szczepie liczba instruktorów, a wśród nich tych ze stopniem podharcmistrza, była bardzo duża. Sam do dziś przechowuję mój krzyż harcerski z zieloną podkładką.
W szczepie towarzyszył nam wzajemny szacunek, niezależnie od tego, czy Włodek był roześmiany, czy też zdarzało się, że jego twarz znaczył charakterystyczny mars. Nie byłem jego uczniem (czego zresztą raczej nie żałuję bo wiem, że był surowym nauczycielem), ale czuję się jego wychowankiem.

Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net