absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 25. lutego 2018.

Wspomnienia Tadeusza Jagodzińskiego, dodał: Jagodziński Tadeusz

Przedziwne jak upływ czasu zaciera nam w pamięci nie tylko daty czy zdarzenia, ale i terminologię sprzed lat. Bo kiedy dziś, jesienią 2008. roku, usiłuję przypomnieć sobie własną działalność harcerską z liceum ( a były to późne lata 70.), to nijak nie potrafię powiedzieć, czy odbywała się ona w ramach sportowego kółka zainteresowań, czy też klubu sportowego pod egidą szczepu. Grzebię w zakamarkach pamięci i… nic! Nawet najmniejszych tropów. Cóż, uroki wieku dojrzałego… Umówmy się jednak – na potrzeby tego krótkiego wspomnienia - że był to klub, nawet gdyby niezupełnie było to zgodne z prawdą. Ale faktem na pewno jest, że staraliśmy się w Traugucie robić coś więcej, niż tylko uczestniczyć w lekcjach i obowiązkowych imprezach szkolnych.
Harcerstwo było wtedy jednym z obszarów, w których można się było ‘wyżyć’ – bez nadmiernej kontroli ze strony ideologicznych włodarzy – a przy okazji zdobywać praktyczną wiedzę i umiejętności, na przykład w uprawianiu marszobiegów nocą po lesie, obieraniu ziemniaków tępą finką, albo wywoływaniu zdjęć wykonanych aparatem marki Zenit. Wiem, o czym mówię, gdyż te dwie ostatnie sprawności też udało mi się zaliczyć, aczkolwiek z dość niejasnych już dzisiaj przyczyn, na dłużej trafiło mi się na tej loterii prowadzenie klubu sportowego. Klubu? W gruncie rzeczy była to działalność tzw. prezesa i bodajże zastępcy, która – znów, o ile dobrze pamiętam – sprowadzała się do dwóch podstawowych zadań: aktualizacji klubowego kącika w gablocie wiszącej w ‘kiszce’, czyli korytarzu łączącym szkolne pawilony, oraz przygotowywania serwisów sportowych dla szkolnego radiowęzła. Chyba najważniejszym zadaniem gablotowym było umieszczanie tam każdej jesieni terminarza rozgrywek piłkarskich mistrzostw szkoły oraz informacji o wynikach. Chodziło, oczywiście o piłkę kopaną, do której nasze młode ciała i umysły jakoś naturalnie lgnęły pomimo starań profesora Muszyńskiego, usiłującego nas zarazić mniej chuligańskimi odmianami gier zespołowych: koszykówką, siatkówką czy szczypiorniakiem. Na zajęciach z w.f. przykładnie ćwiczyliśmy więc dwutakty i odbiór serwu, ale po lekcjach nie dało nam się już wybić futbolu z głowy. Grywaliśmy na asfaltowym szkolnym boisku do piłki ręcznej, najczęściej pięciu na pięciu, albo szóstkami, lub siódemkami.
Dziewczęta - z sobie tylko wiadomych powodów - raczej w tym nie uczestniczyły, podejrzewam, że musiały preferować inne dyscypliny sportu, w rodzaju zapasów w stylu kameralnym, albo lektury utworów Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Chociaż, w najważniejszych pojedynkach, przychodziły nam kibicować, co – nawiasem mówiąc - rozpraszało uwagę niektórych zawodników z fatalnymi skutkami dla poziomu gry. Rzecz zatem karygodna, jako że stawką tych spotkań było mistrzostwo szkoły plus odnośny anons w gablocie, w której później na diagramie rozgrywek odbywających się w systemie pucharowym pieczołowicie odnotowywaliśmy każdy rezultat. Niekiedy były to iście hokejowe wyniki, nawet chodzi mi po głowie jeden z nich: 25 do zera, ale to sprawa na tyle wstydliwa, że musi się obejść bez szczegółów, bo w końcu gdzieś są granice, a poza tym Mirek Kopeć nigdy by mi tego nie wybaczył… Czuję się jednak zobowiązany, aby uzupełnić w tym miejscu bolesną i niezrozumiałą lukę w historiografii polskiej piłki, w której notorycznie pomijany jest fakt, iż w latach 1979-1981 na trauguckim asfalcie królowała reprezentacja klasy o profilu matematyczno-fizycznym, pani profesor Nicpoń, w składzie: Jarosław Adamus, Piotr Biernacki, Artur Hadrian, Tomasz Rybak, Grzegorz Szwarlik, Krzysztof Szymonik i niżej podpisany, który niezbyt się do tego towarzystwa nadawał z uwagi na krótkowzroczność, ale jakoś mnie nie wyrzucali. No tak, teraz rozumiem, dlaczego pełniłem tę funkcję; chodziło o to, żeby się utrzymać w drużynie, bo jak tu wyrzucić prezesa, który z zemsty mógłby nawet całe rozgrywki anulować?
A tak - grałem, na przemian wzbudzając wesołość i podziw u koleżanek, które czasem, jak już wspomniałem, przyglądały się naszym zmaganiom. Wesołość, rzecz jasna, u większości, a podziw u tych, które podzielały moją wadę wzroku. Konieczność noszenia okularów nie była za to żadną przeszkodą w wykonywaniu drugiego z ustawowych obowiązków szefa klubu sportowego, czyli przygotowywania informacyjnych serwisów sportowych, nadawanych przez szkolny radiowęzeł podczas godziny wychowawczej w poniedziałki. Serwisy miały charakter przeglądu wydarzeń z wielkich aren sportowych, pojawiały się w nich na przykład informacje o tenisowych pojedynkach Wojciecha Fibaka, który należał wówczas do ścisłej światowej czołówki, zwłaszcza w deblu.
Ale nie brakowało też wiadomości pojawiających się wyłącznie na naszej antenie, a dotyczących wydarzeń ze sportowego życia szkoły, albo sukcesów jej reprezentantów na szerszym forum. Szczerze jednak mówiąc, nie należało do najwdzięczniejszych zadań, jako że gotowy materiał trzeba było przygotować do emisji grubo przed ósmą rano, co zmuszało do zrywania się bladym świtem i pośpiesznego polerowania niechlujnych najczęściej notatek jeszcze przed rozpoczęciem pierwszej poniedziałkowej lekcji. Nigdy bym wtedy nie przypuszczał, że tak - w znacznej mierze - będzie później wyglądało moje życie zawodowe, polegające na mówieniu do mikrofonu o tym co się niedawno wydarzyło, właśnie się dzieje, albo lada moment będzie się działo. I to niestety – jak się miało okazać - często o szóstej rano. Radiowęzłowe przeglądy wydarzeń sportowych stanowiły więc niezłą szkołę i po raz pierwszy miałem dzięki nim okazję zetknąć się z pracą radiowca. Wiele lat później zdarzyło mi się komentować na żywo kolejne spotkanie polskich piłkarzy na Wembley w ramach abonamentu, jaki nasza reprezentacja miała w tamtych czasach na Anglię w eliminacjach do mistrzostw świata czy Europy. I pamiętam, że siedząc w londyńskim studio miałem wtedy poczucie, może nie tyle deja-vu, co właśnie ciągłości z tamtymi nieporadnymi pewnie staraniami z licealnych czasów, żeby w miarę przejrzystym językiem przekazać osobliwe piękno sportowej walki. Niestety, nasi byli wtedy równie nieporadni. Był to bodajże rok 1993 i Polska przegrała 0:3.

Tadeusz Jagodziński, Londyn, 8.11. 2008 ( w latach 1978 – 1980 na boisku pomocnik, a poza nim szef klubu sportowego w II L.O. )

Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net