absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest niedziela, 25. lutego 2018.

... tylko włosów żal, dodał: Litwiński Sławomir

Namówiony na chwilę wspomnień z działalności w harcerstwie w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w II Liceum im. R. Traugutta w Częstochowie, usiłuję -odgrzebać- w pamięci zdarzenia i atmosferę z tamtych lat. Relacja będzie mało wysublimowana językowo, bo czegóż można oczekiwać od zdeklarowanego technokraty.
Połowa lat siedemdziesiątych to również połowa -epoki Edwarda Gierka-, ale pomimo działania w Harcerskiej Służbie Informacyjnej w zasadzie nigdy nie odczułem socjalistycznej indoktrynacji politycznej, może ze względu na komendanta szczepu prof. Włodzimierza Kolmana, może ze względu na moje neutralne zainteresowania elektroniką.
Wszystko zaczęło się chyba w 1973 r. od nagłaśniania spotkań dyrekcji z uczniami. Pamiętam wielkie kolumny, które rozstawialiśmy w korytarzach oraz mnóstwo kabli. Nie pamiętam skąd wziął się pomysł zbudowania szkolnego radiowęzła, ale przypuszczam, że od prof. Kolmana, który w swoich czasach studenckich działał w akademickim radiu w Opolu. Pierwszym zakupem szkolnym była radiola stosowana w zakładowych radiowęzłach różnych ówczesnych fabryk. Stuwatowy lampowy jej wzmacniacz był potęgą w owych czasach, w dobie dwuwatowych gramofonów Bambino.
Po zakupie specjalnych głośników do każdej sali, chyba w 1974, rozpoczęła się budowa radiowęzła. Od początku w samą budowę, a później w obsługę, byli zaangażowani sami uczniowie, co wiem skądinąd, jest kontynuowane do dzisiaj. Największym problemem tamtych czasów były braki materiałowe. Pamiętam, że np. niezbędny kabel ekranowany był kupiony w czasie jakieś wycieczki we wschodnie tereny kraju. Po zdobyciu niezbędnych materiałów rozpoczęła się budowa studia, reżyserki dźwięku, a przy okazji też harcówki mającej służyć spotkaniom druhów. Problemem była fatalna akustyka studia, której nie poprawił wymyślny sufit z płyt styropianowych, a dopiero płyty tłumiące na ściany, otrzymane jako dar od kina.
Osobnym problemem było rozprowadzenie instalacji głośnikowej do każdej sali w szkole. Prowadzenie przewodów na ścianach musiało zostać ograniczone do minimum ze względu na możliwość uszkodzenia, jak i względów estetycznych. Główne kable zostały poprowadzone zatem w kanałach ciepłowniczych. Zwiedziłem zatem szkołę w miejscach, gdzie rzadko kto bywał. Prowadząc np. kabel na szkolne boisko, raptem znalazłem się pod dnem basenu. Nigdy nie przypuszczałem, że tam jest jakiejś przejście. Pewnego razu w trakcie wykonywania połączeń okazało się, że część sal nie jest podłączona, a powinna. Po wczołganiu się w kanały C. O. okazało się, że urwany jest jeden przewód. Ponieważ nie miałem przy sobie innych narzędzi oprócz śrubokręta, postanowiłem zatem zdjąć izolację zębami w trakcie pracy. Głośniki pracowały pod napięciem 120 V, tak więc nie była to czynność przyjemna, pomimo zachowania ostrożności. Dlatego zapewne tak dobrze pamiętam ten fakt.
Radiola nie spełniała potrzeb -prawdziwej- reżyserki dźwięku. Wymagało to budowy osobnego miksera (oczywiście lampowego, gdyż dostępne ówczesne tranzystory bardzo szumiały), dołączenia dodatkowych magnetofonów ZK246, itp. Tak więc, w pomieszczeniu tym spędziłem sporo czasu. Przy okazji często słuchałem audycji Piotra Kaczkowskiego -Minimax- (wspomnienia te piszę w dniu czterdziestolecia tej audycji). Z tych czasów do tej pory pamiętam Grand Hotel zespołu -Procol Harum-, czy -Child in Time- -Deep Purple-, który do dziś jest sygnałem radiowęzła.
W trakcie budowy byłem traktowany wyjątkowo. Do szkoły chodziłem, ale nie na lekcje. Komendant szczepu, czyli prof. Kolman załatwił mi od dyrekcji karteczkę wpiętą w dziennik lekcyjny: -Uczniowi S. L. proszę nie wpisywać nieobecności do odwołania – Dyrektor .... Skwapliwie korzystałem z tego wpisu. Odbiło się to na mnie. Mój wychowawca, prof. Jerzy Grzywnowicz, polonista, miał w swej pracowni multimedialny stół będący szczytem techniki 10 lat wcześniej. Często ulegał awariom, które usuwałem. W trakcie budowy radiowęzła zaniedbałem naprawy i przy okazji najbliższego wypracowania dostałem dwóję. Obowiązkowa recenzja na końcu wypracowania brzmiała: -Temat omówiony prawidłowo. 22 błędy interpunkcyjne. Ndst-. W wypracowaniu brakowało znaków nad polskimi literami i paru przecinków. Odtąd uważam na ich braki, stawiając je może zbyt często.
Uruchomienie radiowęzła nastąpiło chyba w 1975 roku. Oprócz sal, radio nagłaśniało boisko oraz -wybieg - obszar spacerów na przerwach w okresie wiosenno-letnim. -Zachodnia- muzyka umilała wszystkim dużą przerwę. Kto wtedy myślał o prawach autorskich... Na jakość emisji znacząco wpłynęła darowizna, którą dostaliśmy od mieszkającego w Nowym Jorku Romualda Dymskiego, notabene też absolwenta tego liceum. Były to dwa mikrofony firmy -Shure-. Na owe czasy był to całkiem spory majątek, który miałem pod swoją opieką. Jednak do nagłośnienia odległego boiska nawet one się nie nadawały. Spora odległość wnosiła duże zakłócenia. Udało mi się zrobić mały nadajnik UKF, który umieszczony w magnetofonowym mikrofonie, tworzył mikrofon bezprzewodowy. Odbiór był możliwy na radiu wbudowanym w radiolę.
Z tym mikrofonem kojarzy mi się taka komiczna sytuacja. Kiedyś nagłośnienia potrzebował prof. P. O. - Lech Szymczyk. Gdy podałem mu mikrofon bezprzewodowy, z którego wisiał metr kabla pracujący jako antena, jeszcze postrzępiony na końcu, powiedział: -Co ty sobie j...ja ze mnie robisz, dajesz mi urwany mikrofon-. Ależ to działa panie psorze – odpowiedziałem. Wtedy wypowiedział kilka słów celem sprawdzenia i usłyszawszy się w głośnikach z niedowierzaniem wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
Radiowęzłem zajmowałem się do końca nauki w szkole, jednocześnie -szkoląc- swoich następców: Janusza Czaję, Grześka Pytla, czy Krzyśka Lelita. Przede wszystkim to była praca techniczna dźwiękowca. Gdy radio już działało, dało impuls do twórczości osobom z uzdolnieniami humanistycznymi. Ze swoich czasów wspominam Elę Cichoń, Janusza Lama, no i oczywiście Piotra Błędowskiego będącego pierwszym spikerem, w którego aksamitnym głosie -podkochiwały- się nauczycielki. Powstawały audycje różnego rodzaju. Oprócz oczywistych komunikatów dyrekcji, wywiady z różnymi osobami, słuchowiska, audycje rozrywkowe, a nawet muzyczne.
By nie było tak idyllicznie, to wspomnę jeszcze o jednej sytuacji, która o mało co nie zakończyła się wyrzuceniem mnie ze szkoły. Kiedyś w godzinach popołudniowych zebrano w klasach sporą liczbę uczniów z nauczycielami, radiowęzeł miał wszystkich zapoznać ze statutem ZHP. Tekstu było sporo, więc z braku taśmy audycja -szła na żywo-. Naszykowaliśmy tekst i z kolegą zasiedliśmy przed mikrofonami. Przed nami stał taki luksus, jak coca- cola, która miała służyć do zwilżania gardeł. Kolega, już nie pamiętam kto, przeczytał przydługi wstęp i zacząłem czytać ja. Tymczasem kolega zwilżył usta colą. Ja czytałem: -Związek Harcerstwa Polskiego jest organizacją najwyższej użyteczności publicznej-. W tym momencie Cola z butelki wykipiała mu na twarz. Nie wytrzymałem i ryknąłem śmiechem. Mój śmiech przez słuchających został odebrany różnie. Z opresji wybawił mnie dopiero dyr. Gracki. Takie to były czasy.
W harcówce próbowaliśmy robić nagrania szkolnego zespołu muzycznego. Nic jednak z tego nie wychodziło. Harcówka miała fatalną akustykę, możliwości reżyserki były mocno ograniczone, a moje umiejętności zbyt niskie. Moim pragnieniem były studia na reżyserii dźwięku. Musiałem jednak z nich zrezygnować, gdyż na jednym z egzaminów wstępnych była muzyka, a to mnie już dyskwalifikowało w przedbiegach. Nieco zaspokoiłem te pragnienia studiując na naszej Politechnice i aktywnie działając w jego Akademickim Centrum Radiowym, gdzie był w pełni profesjonalny sprzęt. Nawet raz, na prośbę prof. K. Pośpiecha, udało mi się nagrać kilka utworów moich licealnych kolegów. Dopiero po latach zrozumiałem, zajmując się grafiką komputerową, że sama biegła umiejętność obsługi narzędzi elektronicznych nie wystarczy. Trzeba mieć to coś...
Profesjonalne nagrania piosenek szkolnego zespołu muzycznego (nie wszyscy byli członkami ZHP) umożliwił dopiero nasz komendant szczepu, kontaktując się z Rozgłośnią Polskiego Radia w Opolu. Od tego momentu rozpoczyna się krótka, ale intensywna kariera wieloosobowego zespołu Totem.
Do Opola, razem z prof. Pośpiechem i prof. Kolmanem, pojechał cały zespół muzyczny. Ja też pojechałem, bo pobytu w prawdziwym studiu nagraniowym nie mogłem sobie odmówić. Studio było jak z bajki. Odpowiednia akustyka, specjalne pojemnościowe mikrofony, stereofoniczna rozbudowana konsoleta z wbudowanym pogłosem i magnetofony 38 cm/s wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Miałem możliwość zobaczenia jak realizator nagrania, pan Gawroński najpierw męczy kolegów przy instrumentach, a potem do gotowych już podkładów muzycznych dogrywa głosy solistów. Ciężka praca trwała od rana do późnych godzin nocnych. W swoich rękach miałem krążek taśmy, efekt całodziennej pracy.
Nie pamiętam już, kto był pomysłodawcą dorobienia do tych nagrań prawdziwego show estradowego, ale to chyba któryś z wymienionych nauczycieli. Ruszyła prawdziwa estradowa machina. Zaangażowani byli prawie wszyscy harcerze oraz uczniowie nie należący do ZHP. Powstawały scenariusze do kolejnych piosenek, parodiujące postacie z ówczesnych seriali TV: t. j. porucznika Columbo, Marynę Janosika itp. Projektowano i wykonywano odpowiednie dekoracje. Przygotowywano różne kostiumy, niekiedy bardzo śmieszne. Nie zapomnę przedwojennej, oszczędnej koszuli, która składała się tylko z kołnierzyka, paska materiału z guzikami z przodu i mankietów na tasiemkach. Wszystko wyglądało normalnie przy założonej marynarce. Gdy kolega wychodził na scenę i wypowiadając kwestię – Parno tu dzisiaj-, zdejmował marynarkę, wywoływał salwy śmiechu. Następnie pod kierunkiem prof. Pośpiecha ruszyły próby, w których brało udział chyba ze sto osób. Niektóre dialogi i gagi powstawały w trakcie samych prób. Do dziś pamiętam harówkę na próbach i dziesiątki serków topionych zjedzonych przez profesora. Ja oczywiście trzymałem pieczę nad dźwiękiem. Nagrania były z playback u, gdyż w owych czasach nie był możliwy jednoczesny taniec i śpiew tej samej osoby.
Inauguracja show pod tytułem „Zieloną drogą” odbyła się w sali widowiskowej klubu Politechnik. Czuliśmy się tak jak aktorzy w teatrze przed premierą. Na widowni, oprócz uczniów i rodziców, było wielu znamienitych gości ze środowiska częstochowskiego związanych ze szkołą. Z tego występu w moim archiwum zachowały się zdjęcia robione przez naszego nadwornego szkolnego fotografa, Jurka Pilniewicza. Totem stał się sławny w środowisku. W archiwach szkoły można znaleźć wycinki prasowe z tego okresu. Również zakład opiekuńczy szkoły – Komobex stwierdził, że naszym występem w prosty sposób zapewni -kulturalną- oprawę na swoich zagranicznych budowach. Dla nas były to darmowe wycieczki do Czechosłowacji i NRD. Oprócz występów mieliśmy też możliwość zwiedzania tych państw.
Niesamowitym zaskoczeniem było przybycie do szkoły redaktora telewizyjnego Studia Młodych z Warszawy, który dowiedział się o Totemie i chciał zobaczyć występ. Naprędce wynajęto salę klubu Politechnik, skrzyknięto uczniów – aktorów i pokazano -Zieloną drogę-. Redaktorowi Jackowi Popiołkowi występ bardzo się podobał. Dostaliśmy zaproszenie na nagranie do Telewizji na Woronicza. Pojechaliśmy w 1976 roku, przed samą moją maturą. Na nas młokosach, no przynajmniej na mnie, niezapomniane wrażenie zrobiło studio, kamery i reżyserka. Siedziałem z reżyserem nagrania i pilnowałem magnetofonów, by muzyczne podkłady były prawidłowo zsynchronizowane. Przy okazji zetknąłem się z prawdziwą telewizyjną -kuchnią-. W trakcie występu w studio była również publiczność, mniej więcej w naszym wieku. Po występie odbyła się dyskusja publiki z wykonawcami i organizatorami. Za kilka tygodni obejrzeliśmy się w telewizorach. Z eskapady tej było mało zdjęć, bo w reżyserce i w studio był zakaz fotografowania z lampą błyskową. Kamery psuły się od takiego światła. Fotki robił jedynie zawodowy fotograf telewizyjny.
Rozochocony sukcesem prof. Pośpiech przygotowywał też oratorium _Do Laury- oparte na sonetach Petrarki. Muzykę skomponował, o ile się nie mylę, już absolwent szkoły, Wojtek Dyner. Resztą zajął się profesor. Aranżacje, prowadzenie chóru i rozwiązywanie wielu innych problemów były zawsze jego domeną. Znowu na nagranie pojechaliśmy do Opola. Tym razem obok zespołu muzycznego i solistów nagrane były recytacje. Niestety, studio było za małe, aby prawidłowo nagrać chór. Tak więc w nagraniu brał udział tylko chórek. Prapremiera sonetów odbyła się w teatrze A. Mickiewicza w Częstochowie w czerwcu 1976 r. w trakcie rozdania nam świadectw maturalnych z pełnym udziałem szkolnego chóru. Niezapomniane wrażenie. Do w pełni profesjonalnego nagrania, razem z orkiestrą i chórem Filharmonii Częstochowskiej, jednak nigdy nie doszło, a było to marzeniem profesora.
Działając w harcerstwie, w radiu, często ocierałem się o muzykę. Jednak lekcji z wychowania muzycznego nigdy nie miałem. W trakcie przyjmowana do liceum było przesłuchanie z muzyki, które prowadził prof. Pośpiech. Po odśpiewaniu przeze mnie paru taktów, zapadł wyrok -rysunek-.
Kończąc wspomnienia z tamtego okresu chciałem nawiązać do ich tytułu. Przeglądając archiwum na stronie www liceum: http://absolwent.traugutt.net znalazłem swoje zdjęcie z czasów obecności na nagraniach w radiu, w Opolu. Jaką się wtedy miało bujną czuprynę falujących włosów. Z tego nie zostało już prawie nic. Ale wspomnienia są żywe, jakby to było wczoraj.

Sławomir Litwiński

Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net