absolwent.traugutt.net - Portal absolwentów gimnazjum i liceum im. R. Traugutta
Witamy, dzisiaj jest środa, 26. lutego 2020.

TRAUGUCIACY BARDOWIE TRADYCJI, dodał: Cieślak Aleksander

Ukazał się kolejny tom TRAUGUCIACY BARDOWIE TRADYCJI. Wśród zamieszczonych wspomnień znajdują się także wspomnienia autora strony internetowej : www.absolwent traugutt.net

Aleksander Cieślak – WSPOMNIENIA

W szkole jestem nauczycielem z najdłuższym stażem pracy, uczącym przez szereg lat przedmiotu : przysposobienie obronne, przekształconym teraz na edukację dla bezpieczeństwa. W latach 90- tych skończyłem studia podyplomowe z historii i przez krótki czas nauczałem również tego przedmiotu. Jednak przez większość naszych absolwentów utożsamiany jestem z przysposobieniem obronnym. Wróćmy jednak do początków. W 1978 roku zostałem przez ówczesne kuratorium zatrudniony w II LO im. R. Traugutta. Początkowo sądziłem, że będzie to pomost do pracy w innej branży, ale z czasem polubiłem ten zawód. Dodatkowo skusiło mnie dość dużo dni wolnych w ciągu roku kalendarzowego (wakacje, ferie wiosenne i zimowe). Tak więc 1978 był dla mnie wyjątkowym ( urodziła się moja córka Katarzyna, a także podjąłem pracę ). Po za tym był to rok, kiedy Polak Karol Wojtyła został papieżem. Mój pierwszy dzień pracy zbiegł się z posiedzeniem Rady Pedagogicznej. W tym samym dniu i w tym samym czasie miałem odebrać ze szpitala żonę z córeczką. Musiałem więc zwolnić się u dyrektora Antoniego Drzazgi. Z bijącym sercem poprosiłem o umożliwienie wcześniejszego opuszczenia zabrania. Dyrektor zapytał o przyczynę, a wtedy wyjaśniłem, w czym problem, usłyszałem następujące zdanie : - Dla pana to jest najważniejszy dzień w życiu, proszę natychmiast iść do szpitala -. Byłem tymi słowami zaszokowany, brałem pod uwagę sytuacje, że dyrektor raczej mi odmówi. Z czasem poznałem wielką klasę Antoniego Drzazgi i bardzo mi było przykro, że w dwa lata później został przeniesiony do kuratorium. Nie był to z pewnością awans zawodowy, raczej lincz partyjny. 1 września 1978 rozpocząłem swoją pierwszą w życiu pracę, w dniu następnym sam dyrektor zaprowadził mnie do klasy III b, której wychowawcą był Kazimierz Zygmunt. Jak się wkrótce okazało była to klasa trudna, trzeba było wyjątkowo pilnować, żeby czegoś nie zbroili. Uczyłem wówczas jedną godzinę tygodniowo w klasach pierwszych i po dwie godziny w klasach drugich i trzecich. Pamiętam, że wtorek był dla mnie dniem wolnym i w połowie października kuratorium zaproponowało mi pięć godzin w liceum w Kamienicy Polskiej. Miałem więc porównanie młodzieży uczącej się młodzieży w mieście i na wsi. Kiedy wszedłem pierwszy raz do pokoju nauczycielskiego musiałem zająć jakieś miejsce przy stole, Nie wiedziałem, że są one przydzielone dla każdego uczącego, nieświadomie zajmując krzesło wicedyrektor Jadwigi Biel. Jak się okazało, nie był to żaden problem. Siedziałem więc pomiędzy nauczycielem biologii Antonim Jankowskim i kierownikiem basenu Zdzisławem Szulcem. Tak rozpoczęła się moja - przygoda nauczycielska - w tej renomowanej szkole. Wkrótce na dobre zrozumiałem jak wygląda życie szkolne, jaki ważne są imprezy szkolne i akademie okolicznościowe. Już na 12 października musiałem przygotować akademię z okazji Dnia Wojska Polskiego. Pamiętam, że przy części artystycznej pomógł mi nieżyjący już polonista Jerzy Grzywnowicz. W dwa dni później pierwszy raz obchodziłem Dzień Nauczyciela. Pamiętam dzień po wyborze Karola Wojtyły na papieża ( 16 X 1978 ) - wyjechałem na wycieczkę klasową do Zakopanego z klasą pierwszą, której wychowawcą był historyk Jan Tkocz, przesympatyczny nauczyciel, który wkrótce został moim bliskim kolegą. Powoli aklimatyzowałem się jako nauczyciel, podglądałem pracę innych. Zdawałem sobie sprawę, że trafiłem do szkoły, z najwyższej półki. Moi koledzy - nauczyciele to były silne osobowości, inteligentni, bystrzy, niektórzy wręcz pasjonaci tak jak matematyk Hieronim Zyguła. Potrafił na lekcji wypalić kilka papierosów (dzisiaj byłoby to nie do pomyślenia). Z kolei uczniów wspominam jako żądnych wiedzy, wymagających, stawiających dużo pytań, ale też mądrych i wiedzących czego chcą od życia. W pamięci została mi pierwsza studniówka. Szkoła posiadała tylko jedną salę gimnastyczną (nazywana dzisiaj „ małą sala gimnastyczną”, dzisiejsza, tzw. „ duża” była wówczas w budowie). Każdy bal studniówkowy miała swoistą oprawę plastyczną. W - Traugutcie - był zwyczaj, że każdego roku była inna tematyka wystroju. Wówczas podczas pierwszej mojej studniówki było to stare zamczysko. Szczególnie utknęło mi w pamięci oświetlenie, wyłapujące w ciemności białe elementy. I tak minęła pierwsza połowa roku mojej pierwszej pracy. Druga połowa zaczęła się ciekawie. Jan Tkocz poprosił mnie, abym zastąpił go na trzydniowej konferencji OHP, która miała miejsce w Poraju. Od tego czasu sekretariat zaczął mi podsyłać pisma dotyczące obozów i hufców pracy. Ostatecznie dyrektor oświadczył mi, że to ja będę zajmował się działalnością OHP na terenie szkoły. W efekcie na wakacje 1979 roku zorganizowałem dwa obozy, czerwcowy do Krynicy Morskiej i lipcowy do Ostródy. W jednym i drugim przypadku dziewczęta miały pracować jako kelnerki i pomoc kuchenna w ośrodkach wypoczynkowych. Na pierwszy obóz, który trwał miesiąc czasu wyruszyłem 31 maja. Ale wcześniej w drugiej połowie maja odbyłem z młodzieżą pierwsze obowiązkowe lekcje ze strzelania. Przedmiot – przysposobienie obronne wymagał, aby nauczyciel przeprowadził strzelanie z broni palnej. W tamtym okresie było kilka strzelnic w Częstochowie, ale nasza szkoła korzystała z gościnności IV LO im. H. Sienkiewicza. Wybudował ją niezwykły nauczyciel i pasjonat, nauczyciel tegoż liceum Kazimierz Ostrowski. Poznałem go osobiście załatwiając sprawy formalne do odbycia zajęć strzeleckich. Strzelanie odbywało się jeszcze w roku następnym praktycznie do stanu wojennego. Potem karabinki zostały zdeponowane w komisariacie milicyjnym. W szkołach zanikło więc strzelanie z broni palnej, za to można było strzelać z wiatrówek. Będąc młodym i niedoświadczonym nauczycielem przyglądałem się kulisom zwolnienia z funkcji dyrektora Antoniego Drzazgi. Wszystko zaczęło się od słynnego wówczas napisu, który pojawił się w centrum miasta na budynku - Megasamu - – Pomścimy Katyń -. Służba bezpieczeństwa dość szybko zlokalizowała autorów tego napisu, byli to uczniowie z klasy profesora Jerzego Grzywnowicza. Wkrótce zaczęła się czystka w szkole. Przeniesie do innej szkoły groziło dyrektorowi, wspomnianemu wychowawcy i nauczycielce historii Zenonie Sikorze. Pamiętam czerwcową Radę Pedagogiczną z udziałem najwyższych władz partyjnych w mieście. Po zakończeniu spotkania wszystko wskazywało na to, że nikt nie zostanie zwolniony. A jednak na sierpniowym posiedzeniu pojawiła się nowa pani dyrektor Honorata Szyller. Dotychczasowy dyrektor Antoni Drzazga został - awansowany- na specjalnie dla niego stworzone nowe stanowisko wicekuratora. Jerzy Grzywnowicz został przeniesiony do innego liceum, jakimś cudem wybroniła się Zenona Sikora. Pamiętam też posiedzenie październikowej rady pedagogicznej, na którą przybył przedstawiciel kuratorium. Wszystko to było spowodowane licznymi zapytaniami kierowanymi do władz oświatowych. Pytania zadawała część nauczycieli, którzy chcieli się dowiedzieć, jaka była prawdziwa przyczyna odsunięcia od funkcji dyrektora Antoniego Drzazgi. Pamiętam długie wystąpienie nauczyciela języka rosyjskiego - Włodzimierza Kolmana. Powiedział wówczas, że nie ma nic do zarzucenia nowo powołanej dyrektor liceum Honoracie Szyller, ale nie chciałby uczestniczyć w podobnym spektaklu, gdyby i ona w przyszłości była odwołana w podobny, kuriozalny sposób pozbawiona pracy i stanowiska. Pamiętam, że debata przebiegała w burzliwej atmosferze. Nauczyciele bronili imienia dyrektora Antoniego Drzazgi. Wagę tego wydarzenia zrozumiałem dopiero po latach. Wspominałem o mojej przyjaźni z legendą szkoły Janem Tkoczem. Był to nauczyciel znający historię Polski i świata na pamięć, pochłaniający wręcz wiedzę książkową. To co przeczytał zostawało w głowie i jak tylko młodzież wciągnęła go w dyskusję wtedy ujawniała się jego przeogromna i precyzyjna wiedza.. Z najdrobniejszymi szczegółami, powołując się na odpowiednią bibliografię przekazywał wiedzę młodemu pokoleniu. Nasza przyjaźń zaowocowała powołaniem mnie na instruktora, a następnie na wizytatora w Uniwersytecie Robotniczym. Jan Tkocz pracował tam od lat i dlatego umożliwił mi podjecie tam dodatkowej pracy. Jeździliśmy i wizytowaliśmy ośrodki w Myszkowie, Kłobucku , Praszce, Oleśnie i Częstochowie. Wizytowałem m.in. kursy prawa jazdy i ochotnicze hufce pracy. Dzisiaj tamten epizod wspominam bardzo mile. I to co najważniejsze, w szkole zyskałem przyjaźń dużo starszego ode mnie Jana Tkocza. Odwiedziłem go dwa miesiące przed jego śmiercią, w związku z tym, że prowadzę stronę internetową absolwentów LO Traugutta. W czasie spotkania poprosiłem o przekazanie mi zdjęć, dyplomów, pamiątek szkolnych. To było nasze ostanie spotkanie, trzy miesiące później zmarł. Nie mogłem być na jego pogrzebie, w tym czasie byłem z młodzieżą na wycieczce w Paryżu. Dzisiaj z perspektywy kilkunastu lat powiem tak : Jan Tkocz to był - KTOŚ - w Traugutcie. I tak powoli kształtowały się i dojrzewały umiejętności nauczycielskie. W tym czasie miały miejsce ważne dla Polski wydarzenia, początki przemian ustrojowych, osłabienie siły władz komunistycznych. Kiedy w sierpniu 1981 byłem z trzydzieściorgiem uczniów na obozie OHP w Słupsku, w Stoczni Gdańskiej rozpoczęły się strajki. Już wówczas padały w prywatnych rozmowach, że w Polsce - na coś się zanosi -. Po zakończeniu obozu wracając pociągiem .widzieliśmy z jego okien oflagowaną stocznię i mnóstwo ludzi stojących po obu stronach bramy. Wtedy nie byliśmy świadomi, co się dzieje. Wkrótce wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Powstał nowy związek zawodowy - Solidarność -, następnie w województwie częstochowskim zaczęto wybierać władze tego związku. Nieoczekiwanie wybrani zostali nauczyciele - Traugutta -. Na przewodniczącego związku – Włodzimierza Kolmaa, a do władz związku - Mirosława Desperaka – nauczyciela języka niemieckiego. Radość nie trwała długo. 13 grudnia 1981 wprowadzono stan wojenny i zaczął się nowy rozdział w historii Polski, ale też i naszego liceum. Po przedłużonym okresie ferii zimowych rozpoczęły się zajęcia lekcyjne. Ja, jako nauczyciel przysposobienia obronnego miałem - prikaz - wyjaśnienia - dobrodziejstwa - wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Nie wiem, jak w tym tłumaczeniu wypadłem. Ale pamiętam, że z każdą radą biegłem do Włodzimierza Kolmana. Podczas długich wieczornych spotkań wyjaśniał mi mechanizm działania chorego polskiego państwa i politykę milicji i służb bezpieczeństwa. Mając tę widzę starałem się dyplomatycznie - coś - młodzieży przekazać. Jak to wypadło ?? Ocena należy do ówczesnych uczniów. Ale pamiętam niezwykle kłopotliwe pytania, które zadawał wówczas uczeń drugiej klasy Piotr Żmigrodzki. Zaskakiwał mnie niemalże każdym pytaniem. Odnosiłem wrażenie, że przerastały moje możliwości odpowiedzi. Lekcja się skończyła, a u mnie wątpliwości pozostały. - Solidarność - została zawieszona, a w jej miejsce powstały nowe związki zawodowe OPZZ, jako przeciwwaga. Tyle tylko, że początkowo nie było chętnych nauczycieli, żeby tam wstąpić. Zaczęto więc wywierać presję i wkrótce okazało się, że dość licznie nowy związek zasilili nauczyciele. I ja byłem w tej grupie, a jak dzisiaj oceniam swoją decyzję ? Ani mi to nie przeszkodziło w późniejszej pracy, ani nie zaszkodziło. Mój kolega i przyjaciel Włodzimierz Kolman nigdy nie wypomniał mi tego, nigdy mnie nie zganił. Nie miałem wtedy jego odwagi i determinacji, żebym odmówił wstąpienie do nowego związku. Z tamtego okresu zapamiętałem 8 marca, czyli - Dzień Kobiet -. Wówczas to panie należące do związku OPZZ otrzymały jako prezent goździk i parę pończoch. W tym momencie do pokoju nauczycielskiego przyszedł profesor Zdzisław Szulc i wręczył pominiętym paniom kwiaty, kawę, rajstopy i kilka jeszcze drobiazgów. Zakup tych prezentów pokrył z własnych, prywatnych środków. Państwowe związki okazały się biedne i skąpe. Zdzisław Szulc pokazał klasę i fakt, że nie może liczyć się tylko pieniądz, liczyć się mają inne wartości. Miałem do tego nauczyciela szczególny sentyment, tym bardziej z przygnębieniem przyjąłem wiadomość o jego nieoczekiwanej śmierci.
W ostatnich latach jestem typowany przez dyrekcję szkoły do odwiedzenia przed świętem zmarłych cmentarza św. Rocha. Wraz z młodzieżą na grobach zmarłych nauczycieli zapalamy znicze i ustawiamy kwiaty z emblematem szkoły. Zaraz przy głównym wejściu cmentarza św. Rocha znajduje się grób profesora Zdzisława Szulca.
Teraz chciałbym nawiązać do okresu stanu wojennego, o którym można pisać i pisać. Rano 13 grudnia zamiast programów i filmów dla dzieci, wysłuchaliśmy wystąpienia gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Dowiedzieliśmy się, że ferie zimowe są przedłużone przynajmniej o dwa tygodnie. Ale szkołę odwiedziłem oczywiście 14 grudnia w poniedziałek. W pokoju nauczycielskim spotkałem m.in. nauczycielkę wychowania fizycznego Urszulę Ludwin, która opowiadała jak u niej w bloku w nocy wojsko wyłamywało drzwi, żeby dostać się do osoby najpierw aresztowanej a potem internowanej. W styczniu 1982 roku szkolnym zwyczajem przyszedł czas na studniówkę. A tu stan wojenny wprowadzony przez władze określał godzinę 22.00 jako godzinę policyjną. Studniówka o ile dobrze pamiętam rozpoczęła się o godzinie 16.00. Przed 21.00 studniówkę zakończono. Takie były wówczas realia polityczne, żadne znajomości i wpływy rodziców nie przekonały władz oświatowych, aby zwyczajowa zabawa trwała całą noc. Warto jednak wspomnieć, że podczas tamtej pamiętnej zabawy wystąpił balet uczniów klasy IV a z niezapomnianym Tadeuszem Jagodzińskim (niestety już nieżyjącym), Sławkiem Woźniakiem i Tomkiem Bachmaczem. Zatańczone przez nich „ Jezioro łabędzie ” do dzisiaj wspominają wszyscy Warto wspomnieć, o ciekawej wówczas inicjatywie organizowania dla ogółu młodzieży szkolnej zabawy dzień po studniowce w niedzielne popołudnie. Do tańca przygrywał zespól grający na studniówce, zabawa cieszyła się dużą popularnością wśród uczniów wszystkich klas, a czwarte klasy bawiły się w strojach studniówkowych. Zwyczajem pozostającym do dnia dzisiejszego jest fakt, że w poniedziałek po studniówce maturzyści przychodzą do szkoły w kreacjach studniówkowych. Wspominając szczególnie lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte trudno pominąć różnego rodzaju zawody, konkursy do których jako nauczyciel przysposobienia obronnego, musiałem przygotować młodzież. Były to konkursy typowe dla tego przedmiotu jak „ Sprawni jak żołnierze ” , - Srebrne muszkiety -, „ Konkurs Wiedzy o - Obronie Cywilnej -, - Zawody Pożarnicze - . Początkowo nasi uczniowie zajmowali 5 – 7 lokaty, ale z czasem, kiedy zrozumiałem na czym polega technika przygotowania zawodników do konkursy pieli się wyżej. Wkrótce nasi licealiści zaczęli odnosić sukcesy wygrywając, bądź zajmując 2- 3 miejsca. Zwyciężając w mieście, startowaliśmy z powodzeniem w zawodach wojewódzkich. Pamiętam jak w strzelectwie sukcesy odnosili : Dariusz Kordys, Monika Lipowska, Małgorzata Stefanowska i Izabela Jaśko. W zawodach pożarniczych i sportach obronnych szkołę reprezentowały : Ann Popielarz, Agata Stępniak, Agnieszka Ressler, Agnieszka Niebieszczańska i Magda Coner. Osobne miejsce we wspomnieniach zajmują zawody medyczne. Tutaj, żeby odnieść sukces, trzeba było się wznieść na wyżyny. Pierwsze zawody rozpocząłem od siódmego miejsca w mieście. Potem z pomocą przyszła koleżanka ucząca biologii - Zofia Muskalska. Podzieliliśmy sprawiedliwie nasze obowiązki w przygotowaniu uczniów, a trzeba pamiętać, że w zawodach tych startowało 23 uczniów z jednej szkoły plus uczniowie w rezerwie. Po dwóch latach ciężkiej pracy najpierw zajęliśmy trzecie miejsce w mieście, a już w latach następnych byliśmy bezkonkurencyjni w mieście i województwie. Naszym najgroźniejszym zespołem był z IX LO im. Pawła Findera (obecnie LO im. K. C. Norwida). Kilkakrotnie startowaliśmy w zawodach centralnych. Była to niezapomniana przygoda, ale wymagała od wszystkich dużo pracy i zaangażowania. Z czasem zawody zmieniły swój charakter, zdarzały się krzywdzące werdykty sędziów, co w końcu nas zniechęciło i oświadczyliśmy pani dyrektor Honoracie Szyller, że to już koniec startów w tych zawodach. Warto wspomnieć o dość ciekawych zawodach z broni pneumatycznej. Liga Obrony Kraju i częstochowski AZS postanowiły stworzyć tzw.. Szkolną Ligę Strzelecką z Karabinka Pneumatycznego. Wszystkie zawody odbywały się w głównej sali gimnastycznej naszego liceum. Najpierw były kwalifikacje, a potem pięć rund w okresie zimowym. Zawody poprzedzały długie i żmudne przygotowania. Już od rana w piątki budowaliśmy strzelnicę, ustawialiśmy stoły, krzesła i lunety. W sobotę w godzinach dopołudniowych rozpoczynało się strzelanie. Ligę organizowaliśmy przez pięć lat. Potem zabrakło sponsorów, nie było chęci ze strony strategicznych organizatorów i zawody zawieszono. Muszę przyznać, że miały one sens, młodzież była wyjątkowo nastawiona na rywalizację. Wówczas w tym sporcie liczyło się LO. im. J. Słowackiego, LO im. A. Mickiewicza, LO im. H. Sienkiewicza i nasze. W lipcu, w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w obozach przysposobienia obronnego w Krzepicach. Szkoła wówczas dostawała kilka nieodpłatnych miejsc dla uczniów. Obozy trwały trzy tygodnie, a młodzież przechodziła w tym czasie szkolenie obronne i sportowe. W tamtym czasie obozy te cieszyły się dużym powodzeniem. Były dobrze zorganizowane, panowała tam wojskowa dyscyplina. Również bardzo popularne były obozy OHP, gdzie głównie dziewczęta pracowały w ośrodkach wczasowych, jako pomoc kuchenna i kelnerki. W liceum byłem głównym koordynatorem i organizatorem tych obozów. Przez 10 lat zorganizowałem obozy w Krynicy Morskiej, Gdańsku Sobieszewie, Ostródzie, Ustce, Łebie, Zawadach, Sianożętach, Słupsku i Poraju. Jako kierownik grupy i wychowawca uczestniczyłem w obozie w Burgas (Bułgaria) i dwukrotnie w Pradze. Młodzież podczas wakacji i ferii zimowych pracowała w częstochowskich zakładach pracy ( -Melodia- i - Ceba - ). Jest to niewątpliwie kawałek historii szkoły. Wszystko zmieniło się po 1989 roku. Wprowadzenie gospodarki rynkowej spowodowało, że zaczęto zatrudniać na tych stanowiskach ludność miejscową.
W 1987 roku zostałem wychowawcą klasy I e. Na jednym z zebrań z rodzicami pani Jadwiga Biegańska zaproponowała wyjazd młodzieży do Francji. Jej siostra mieszkała od kilku lat we Francji w pobliżu Paryża w miejscowości Pleasir. Tamtejszy mer zapewnił, że wyśle zaproszenie do szkoły. Wobec tego zwróciłem się do Włodzimierza Kolmana, który wcześniej organizował obozy w Bułgarii i Rumunii i miał duże doświadczenie w tym względzie. Wkrótce ruszyły przygotowania do wyjazdu. Ustaliliśmy dokładny plan i rozpoczęliśmy nabór młodzieży. Największym problemem było załatwienie wiz. W tamtych czasach, żeby można było dostać się do ambasady niemieckiej trzeba było stać pod nią w kolejce przez dwa tygodnie. Dzięki różnym znajomościom, stałymi kontaktami z absolwentami, którzy mieli dostęp do ambasad, pokonana została bariera wizowa. Otrzymaliśmy wizy do FRN – u, krajów Beneluksu, Francji i Szwajcarii. W sumie wyprawa trwała dokładnie 30 dni. Była to poważna eskapada, po powrocie interesowała się nami prasa i katowicka telewizja. Dwa lata później naszą szkołę odwiedziła grupa francuskich nauczycieli, a efektem tego było nawiązanie współpracy i organizacja wymian. Szkoła francuska znajdowała się kilkadziesiąt kilometrów od Oceanu Atlantyckiego w miejscowości Les Herbies. W tym czasie rozpocząłem organizowanie wyjazdów głównie do Francji i Paryża. Wymiany ze szkołą francuską prowadziłem dość długo. Ustaliliśmy, że będzie się odbywała co dwa lata. Pod koniec lat 90 - tych, wymianą tą zajęła się nauczycielka języka francuskiego, a obecnie dyrektor liceum – Małgorzata Jackowska. Warto wspomnieć jeszcze o pobycie naszej młodzieży w jednej ze szkól pod Londynem. Było to ciekawe doświadczenie. Przez kilka dni uczestniczyliśmy w różnego rodzaju zajęciach. Wyjazd przygotowała nauczycielka języka angielskiego Ewa Kowalik. Trzykrotnie byłem organizatorem wymiany z młodzieżą włoską z miejscowości Ascoli Piceno. Z tej okazji przed budynkiem szkoły wspólnie wsadziliśmy drzewko iglaste (dzisiaj już okazałe). Od początku lat dziewięćdziesiątych podczas wakacji cyklicznie organizowałem obozy po Europie, od Skandynawii po Gibraltar. Przeprawialiśmy się nawet do Afryki do Ceuty. Bywały i lata, że organizowałem w okresie świąt wielkanocnych wyjazdy do Włoch, gdzie w wielką niedzielę uczestniczyliśmy w mszy świętej na placu Św. Piotra w Rzymie. W 1997 roku zorganizowałem wyjazd do Anglii, Walii, Irlandii, Irlandii Północnej i Szkocji. Na campingu w pobliżu Dublinu właściciel oświadczył, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy nocują na jego posesji. W 1995 wraz z koleżanką z Liceum Katolickiego Joanną Będkowską zorganizowaliśmy dwutygodniową wycieczkę po Egipcie i Izraelu. Był to mój pierwszy wyjazd z młodzieżą poza granice Europy. W roku następnym samolotem linii rumuńskich poleciliśmy na miesięczną wyprawę po Indiach i Nepalu. W trakcie pobytu przez osiem dni wspinaliśmy się w Himalajach u podnóży Annapurny. Był to niezapomniany wyjazd, odważny w swojej koncepcji. Nasza ekipa liczyła 40 członków. W 2001 roku powtórzyliśmy raz jeszcze wycieczkę po Indiach, tym razem 14 – dniową. Zwiedzaliśmy między innymi, świątynię szczurów, byliśmy prawie pod granicą z Pakistanem. W następnym roku w marcu z grupą 45 uczniów polecieliśmy za ocean do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do Kalifornii. Zwiedziliśmy Los Angeles, San Francisco, parki narodowe, Las Vegas i Grand Canion. Wyjazd ten powtórzyłem w 2014 i 2016 roku. W 2011 zorganizowałem wyjazd do Nowego Jorku, Filadelfii, Waszyngtonu i nad Niagarę. Uważam, że rzadko w której częstochowskiej szkole, nawet myślę, że w niejednej na terenie Polski uczniowie maja taką możliwość zobaczenia różnych zakątków świata.
Koniec lat siedemdziesiątych i całe lata osiemdziesiąte wspominam też jako uczestnictwo we wszelkiego rodzaju pracach społecznych. Zaraz na początku mojej pracy, jesienią 1979 roku uczestniczyłem z klasą Hieronima Zyguły w sadzeniu lasu w Kręciwilku. W tym samym roku byłem także z klasą Wieśka Kosińskiego na sadzeniu drzewek w okolicy Mstowa. Co roku wysyłano nas, do zbierania jabłek, ziemniaków, sprzątaliśmy liście w parkach, pracowaliśmy przy budowie hali - Polonia -. Oczywiście wszystko odbywało się kosztem lekcji, ale wtedy nikt na to nie zwracał uwagi. Co roku szkoła zasypywana była makulaturą. Uzyskane środki kierowano na potrzeby szkoły. Teraz inicjatywa tego rodzaju zanikła. Obecnie życie szkolne toczy się według innych reguł i zasad. Dawniej jakże wytworne były obchody Dnia Nauczyciela, gdzie każdy czuł, że to jest święto ważne i dla nauczycieli i dla ich wychowanków. Pamiętam jak trzykrotnie prowadziłem dwutygodniowe zimowisko w Nałęczowie. Inspiratorem był już nie żyjący nauczyciel matematyki Jacek Wiekiera. Dwukrotnie uczestniczyłem z nim także w turystycznych obozach TKKF nad polskim morzem. Ciekawym przedsięwzięciem młodzieży był - Dzień Republiki -, kiedy to nauczyciele zamieniali się rolami z uczniami. Na jeden dzień w roku władze w szkole przejmowała młodzież. Lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte były w pewnym względzie latami, gdzie dość łatwo można było zorganizować wycieczkę, wyjazd na - zieloną szkołę -, wyjazd do teatrów krakowskich i warszawskich. I w sumie nie był to zbyt duży koszt, finansowo pomagały zakłady opiekuńcze, pokrywając najczęściej koszt przejazdu autokaru. Pamiętam jak sam organizowałem wyjazdu na spektakle do Teatru Studio, Byliśmy wówczas na jednym z najgłośniejszych spektakli Józefa Szajny - Dante -. Na 18 grudnia 1981 roku miałem wykupione bilety do Teatru Dramatycznego na spektakl z Joanna Pacułą - Iwona - księżniczka Burgunda . Gdzieś w archiwach szkolnych zostawiłem bilety - wówczas niewykorzystane. Dzisiaj nie ma już przedmiotu – przysposobienie obronne. Zgodnie z obowiązująca reformą zmieniono nazwę na - Edukacja dla bezpieczeństwa -. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to w 2018 roku - zaliczę - 40 lat pracy w II LO im. R. Traugutta, to niemalże połowa historii tej szkoły. Jestem najstarszym obecnie pracującym nauczycielem w liceum ( 2016 ). Od kilku lat podjąłem się prowadzić stronę internetową przeznaczona dla absolwentów naszego liceum : www.absolwent.traugutt.net. Staram się śledzić losy byłych uczniów, często się z nimi spotykam. Zapraszany jestem na spotkania klasowe. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i miłe. Zaczynam już uczyć prawie trzecie pokolenie - Trauguciaków -. Z młodzieżą zawsze znajdowałem wspólne porozumienie, darzyłem ich przyjaźnią. Pisząc wspomnienie mam świadomość, że nie wszystko uwzględniłem, że część wątków umknęło. Pozdrawiam wszystkich TRAUGUCIAKÓW.

Wojciech Okularczyk Dodano: 2016-06-15 19:06

Jest Pan Wielki Profesorze.
Szacunek za Pana działalność na rzecz Szkoły, uczniów i absolwentów.

Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach szkolnych i nie tylko.

Pozdrawiam -
Wojciech Okularczyk
Wojciech Okularczyk Dodano: 2016-06-16 21:51

Jest Pan Wielki Profesorze.
Szacunek za Pana działalność na rzecz Szkoły, uczniów i absolwentów.

Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach szkolnych i nie tylko.

Pozdrawiam -
Wojciech Okularczyk
Marcin Cekus Dodano: 2016-07-19 15:17

Gdzie można nabyć drogą kupna wszystkie części tego wydawnictwa?
Dodaj własny komentarz







Przepisz kod z obrazka:



Copyright© 2007 absolwent.traugutt.net